FANDOM


To Opowiadanie jest autorstwa Przemek0980.


Wyraj

Marco rozglądał się na wszystkie strony, zachwycony widokiem. Nad jego głową znajdowało się nocne niebo, wypełnione szeregiem nie gwiazd, a Galaktyk. Najbliżej niego, w odległości wprost proporcjonalnej do odległości Księżyca od Ziemi, widoczna była wielka spirala złożona z tysięcy gwiazd i miliardów planet- była to Galaktyka Drogi Mlecznej, ta w której był Układ Słoneczny. Tuż obok umiejscowiona była podobna, jednak większa i świecąca o wiele większym blaskiem Galaktyka Andromedy. Trzecia, widoczna jak gdyby przez mgłę galaktyka spiralna, znana była jako Galaktyka Trójkąta. Marco wpatrzony w to wszystko, na to wielkie dzieło sztuki, na obraz setek miliardów gwiazd i bilionów planet, zaczął po chwili liczyć wszystkie Galaktyki widoczne z tego miejsca. Po dłuższej chwili zrobiło się mu jednak niedobrze, musiał z wielkim bólem oderwać swój wzrok od tego pięknego widowiska i skierować swój wzrok na gałąź na której leżała ta dzielnica miasta. Archeolog naliczył na niebie co najmniej 30 Galaktyk, oznaczało to że miejsce w którym teraz przebywał, musiało być umiejscowione gdzieś na styku Grupy Lokalnej Galaktyk.

- Nic panu nie jest?- usłyszał chrypowaty głos za sobą Marco. Archeolog odwrócił się i o mało co nie zszedł na zawał.

Stworzenie które go zaczepiło było całe pokryte długą, czarną sierścią. Posiadało gigantyczne, wprost nieproporcjonalne do głowy uszy oraz długie palce, z których wyrastały jeszcze dłuższe pazury. Pomimo że istota postawą przypominała człowieka, poruszała się na czterech kończynach niczym goryl, którego Marco widział raz będąc w zoo. Archeolog nic nie mówił, stał tylko oblany potem ze strachu, wpatrując się w tę osobliwą istotę.

- Nowo-przybyły?- spytała istota uśmiechając się szczerze i patrząc na Marco z troską. Mężczyzna uspokoił się i było mu aż głupio, że przestraszył się tej istoty.- Na Peruna, nie pamiętam kiedy ostatnio jakiś nas odwiedził. Mogę spytać o imię?

Archeolog przełknął głośno ślinę i zaczął głęboko oddychać. Szok powoli przechodził.

- Na...na imię mi Marco.- powiedział mężczyzna, powoli się uspokajając.

- Marco?- stworzenie spojrzało na niego ze zdziwieniem- Zaprawdę dziwne to imię, jakieś takie Olimpijskie.- wymawiając nazwę znienawidzonego wroga stwór splunął na olbrzymi korzeń z niesmakiem.- Na imię mi Polen i jestem Domownikiem.

Marco wytężył swój umysł. Był archeologiem, jednak swoje badania przeprowadzał w rodzinnych Włoszech i tylko raz w sąsiedniej Słowenii, więc o wiele lepiej zorientowany był w stylu zycia i mitologii Greków i Rzymian. Niemniej wymienił raz kilka zdań z jakimś Polskim archeologiem, z niesamowicie trudnym do wymówienia imieniem. On mu opowiedział o kilku duchach z jego rodzinnej mitologii. Stąd właśnie Marco wiedział że duch strzegł domu i obejścia, pomagał w codziennych pracach, troszczył się także o zwierzęta gospodarskie. Utożsamiano go z duchem dawnego gospodarza domu. Mężczyzna złapał się za głowę. Wiele się wydarzyło odkąd zastrzelił tego masywnego człowieka i odkąd Jarowit, bo tak potężna postać się przedstawiła, przyprowadziła go tutaj. No właśnie, tutaj, czyli gdzie? To miejsce było bajeczne, całkowicie nierealne. Niemniej było tutaj, istniało.

- Polenie, mogę spytać gdzie się właściwie znajduję?- spytał Marco a Domownik spojrzał na niego z niemałym zdziwieniem.

- No tak, nieraz nowi nawet nie są pewni gdzie przybyli.- powiedział Polen, w duchu śmiejąc się cicho ze swojego rozmówcy.- Rozejrzyj się, mój nowy przyjacielu a odpowiedź sama przyjdzie ci do głowy.

Marco rozejrzał się, nie patrząc tym razem na nieskończone w swoim pięknie niebo. Pod swoimi stopami, pod stopami jego rozmówcy i setek innych istot była gigantyczna gałąź. Budynki, czy raczej drewniane warownie wokół Marco, wyglądały jak gdyby wyrosły z tej właśnie gałęzi. Setki metrów dalej sięgała ona na zmiane wyżej i niżej, prowadząc na sam szczyt, który opromieniony był tak wielkim blaskiem, iż nie dało się na nie długo patrzeć.

- Na szczycie drzewa?- spytał Marco, naiwnym tonem głosu.

- Masz rację i nie masz racji jednocześnie.- odpowiedział mu Domownik.- Jesteśmy w Wyraju, domostwie wszystkich naszych Bogów, wielkim grodzie, położonym w koronie Drzewa Kosmicznego.

- Drzewa Kosmicznego?- spytał Marco.- W sensie Yggdrasil?

Polen skrzywił się lekko. To co początkowo archeolog wziął za grymas wściekłości, po bliższym przyjrzeniu się okazało się być wyrazem szczerego smutku.

- Nie, to nie Drzewo Starszego.- odpowiedział nadal smutny duch.- Oczywiście obydwa twory były podobne, niemniej przybyłeś za późno by móc je porównać. Drzewo Asgardian padło setki lat temu.- Marco chciał mu przerwać, jednak Domownik mu na to nie pozwolił.- Wracając jednak do wcześniejszego pytania. Drzewo Kosmiczne jest naszą siedzibą, gigantycznym drzewem którego korzenie sięgają do samej Nawii, naszego Królestwa Umarłych a gałęzie wnoszą się wysoko, aż na koniec Drogi Mlecznej. Ma ono wiele nazw, wielu wojów nazywa je Wielkim Dębem. Najbardziej rozpowszechniona nazwa to Axis Mundi.

Wtedy właśnie naukowca olśniło. Potężna postać która próbowała go zabić, którą później przedstawiono mu jako Ares. Boskie postacie, niemożliwe do wyobrażenia krajobrazy, stwory niczym ze starożytnych legend i podań. Znalazł się w odległym świecie, w miejscu gdzie mity stawały się, a raczej zawsze były, rzeczywistością. Świadomość tego stała się dla niego nagle dziwnie...zwyczajna. W momencie w którym zdał sobie sprawę z otaczajacej go rzeczywistości, jego mózg przyjął to wszystko jako fakt dokonany. A on, jako naukowiec, z faktami się nie kłócił.

- Dziękuję ci za te wszystkie informacje, Domowniku.- powiedział Marco, kłaniając się lekko.- Mogę ci się jakoś odwdzięczyć za twoją troskę o nieznajomego?

Polen uśmiechnął się szczerze i stanął na nogi. W pełni wyprostowany przerastał włocha niemal dwukrotnie. Marco pomyślał, że gdyby stwór chciał do jednym ruchem pozbawiłby go życia. Chociaż z tego co mówił Jarowit, archeolog już nie żył. Czy można zabić kogoś kto jest już martwy?

- Nie musisz mi dziękować, sam fakt że po tak długim czasie spotkałem nowo-przybyłego jest już wystarczjącą nagrodą.- odpowiedział Polen serdecznym acz nadal chrypowatym głosem.- Niemniej me domowstwo- w tym momencie duch wskazał na drewnianą warownie za swoimi plecami.- Jest zawsze otwarte.

Marco miał jeszcze o coś spytać gdy zobaczył jak jego rozmówca z pewnym niepokojem patrzy w niebo. Mężczyzna zebrał się w sobie i również podniósł głowę. Na wypełnionym Galaktykami niebie z ogromną prędkością leciały setki małych, brązowych ptaszków, kierujących się w stronę oślepiającego światła. Marco co prawda daleko było do biologa, ale kojarzył te ptaki. Były to Lelki, zwierzęta które łatwo było pomylić choćby z Wróblami. Na tle dzieła sztuki, jakim w mniemaniu Marcusa było niebo nad Axis Mundi, prezentowały się nadzwyczaj pięknie. Archeolog aż żałował że nie wziął ze sobą aparatu, z pewnością byłyby to najpiękniejsze zdjęcia XXI wieku. A może nawet w historii ludzkości. Piękno tego obrazu było tak wielkie, że archeolog zapomniał o niepokoju wypisanego na twarzy jego rozmówcy.

- Wielka tragedia się wydarzyła.- Marcusa z zachwytu wyrwał głos Domownika.

- Cz-czemu tak sądzisz?- spytał Marcus, powoli odwracając wzrok od nieba.

- Kto cię uczył?- spytał Polen.- Małe dzieci wiedzą więcej niż ty!

Archeologa leko przeraziło to jak nagle uniósł się jego nowy znajomy. Polen widząc to, westchnął cicho i przykucnął.

- Wybacz, Marco.- powiedział troskliwie Domownik.- Widzisz, każdy z tych ptaków, to dusza martwego wojownika, poległego w tej niekończoącej się wojnie. Po śmierci wracają tutaj albo do Nawii, zależy to od wielu czynników. Niemniej tak wielka liczba poległy oznacza, że musiało wydarzyć się coś niedobrego.

Marco miał w głowie jeszcze kilka pytań. Jaka wojna? Co to jest Nawie? Czemu właściwie został tutaj ściągnięty, skoro całe życie był chrześcijaninem? Czy w ogóle słyszeli o Jahwe?

- Marco Andersen.- odezwał się do niego jakiś mroczny, odległy głos.

Archeolog odwrócił swoją głowę do jego źródła i zobaczył przed sobą dziwną istotę. Własciwie, nie był pewien czy można nazwać to istotą. Była to sporej wielkości, czarna, latająca kula. Im dłużej Marco na nią patrzył, tym mocniej czuł się przez nią wciągany. Postanowił więc zamknąc oczy.

- To Ćmok.- powiedział Domownik, który również odwrócił wzrok.- Posłaniec i to bardzo ważny.

- Zgadza sie domowniku.- rzekł mroczny głos wydobywający się z kuli.- Bogowie zebrali się, a na swoją naradę przyzywają nowo-przybyłego.

Nim Marco zdążył powiedzieć cokolwiek, światło zgasło, zastąpione nieprzemierzoną ciemnością.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki