FANDOM


To Opowiadanie jest autorstwa Montez.


Wielka kamienna budowla piętrzyła się przed nim. Kroczył ku niej dobrze zbudowany mężczyzna, w blasku zachodzącego słońca rysowała się jego blada twarz. Twarz zmęczona z kilkoma głębokimi bliznami na lewym policzku. Ubrany był jakby w togę, choć toga to nie była, miał czarne skórzane budy na obcasie. Miał długie ciemnokasztanowe włosy związane w ciasną kitę, oraz zielone lekko wyblakłe oczy.
W prawie wszystkich oknach domu było ciemno, tylko w najwyższym jarzyły się blaski świec.
W środku przybysz napotkał armię srebrnych zbroi, stojących po jego obu stronach pod ścianami. Na podłodze leżał długi, wąski dywan w bordowej barwie.
Mężczyzna przeszedł długi korytarz, ale nagle zatrzymał się, obejrzał się przez ramię, gdzieś pod nim dobiegły go zaciszne kroki i czyjeś krzyki. Gdy spojrzał się w prost, dostrzegł, że dotarł już na miejsce. Stał przed wysokimi dębowymi drzwiami z klamką przypominającą na myśl łeb wilka. Jakby od niechcenia otworzył drzwi i wszedł do środka.
Znalazł się w dość dużej komnacie obitej lśniącym marmurem, z trzema kolumnami i ławami pod ścianami. Nad jego głową majaczył w blasku świec złoty żyrandol. Jednak uwagę mężczyzny nie zwróciły kolumny, ławy, czy wspaniały żyrandol, lecz pięć nadzwyczaj bogatych krzeseł wysokimi oparciami.
Gdy zrobił pierwsze parę kroków i po marmurze przebiegł stukot jego obcasów, gdzieś z półmroku wyszło czterech zupełnie różnych od siebie mężczyzn, w tej czwórce była tylko jedna rzecz, która ich ze sobą łączyła, był to strój i skórzane buty na obcasie.

- W samą porę – rzekł jeden z czwórki. Mężczyzna o długich blond włosach, padających mu na oba ramiona.

Nie wiadomo skąd, u boku przybyłego mężczyzny pojawiła się piękna kobieta w kremowej sukni, z tacą na której stał złoty puchar napełniony szkarłatnym winem.
Powoli jakby każdy ich krok sprawiał im ból, piątka mężczyzn zajęła miejsca na bogatych krzesłach.
Obok przybyłego siedział czarnoskóry mężczyzna, o łysej głowie na pół ślepy, bo prawe oko było zupełnie otoczone białą mgiełką. Obok czarnoskórego siedział blond mość, który przywitam przybyłego. Czwarty z kolei był tak pulchny, że jego całe ciało ledwo mieściło się w krześle, a twarz przypominała ryj prosiaka była tak obrośnięta tłuszczem, że małe wodniste oczy ledwo co wyglądały na otaczający go świat. Ostatni z mężczyzn miał czarne, lśniące kręcone włosy, haczykowaty nos i na każdym palcu od obu dłoni po trzy pierścienie.

- Mamy piękny wieczór, prawda? – zapytał mężczyzna o lśniących czarnych włosach.
- Absolutnie się z tobą zgadzam – rzekł prosiakowaty mość.

Już miał coś dodać, ale drzwi komnaty otworzyły się na oścież i do środka weszło trzech innych mężczyzn. Dwóch z nich musiało być strażnikami tej twierdzy, bo obaj byli identycznie ubrany w lśniące pozłacane stroje, trzeci zaś na rękach miał założone ciężkie kajdany z przymocowanym łańcuchem, który koniec trzymał jeden ze strażników. Młodzieniec w kajdanach miał rozczochrane ciemnokasztanowe włosy, pokrwawioną i posiniaczoną lekko zarośniętą twarz i duże zielone oczy. Ubrany był w coś przypominające dużą poszwę na poduszkę z dziurami na ręce i głowę.
Z jednego z krzeseł powstał blond mężczyzna i podszedł do ubranego w poszewkę patrząc mu prosto w oczy.

- Przykro mi, że musiałeś tego wszystkiego doświadczyć – powiedział blondyn.

Młodzieniec w kajdanach spojrzał na niego z pogardą naprężając mięśnie.

- Niestety kajdany uniemożliwiają przemianę – dodał blondyn.
- Przyrzekam, że w zaświatach będę na ciebie czekał, Afryku Devil i wtedy zasmakujesz mojej zemsty.

Afryk Devil wybałuszył na niego oczy, ściągając blond włosy z ramion i strzelił go zaciśniętą w pięść dłonią w twarz. Młodzieniec zacharczał i wypluł flegmę krwi na marmurową posadzkę.

- Ja Afryk Devil oskarżam Alexandra Blake o naruszenie pierwszego dekretu naszego prawa, które zabrania spowinowacać się z rodami krwiopijców. Przyciągnięty siłą Alexander Blake, nie zaprzeczył we wcześniejszym przesłuchaniu, że zawarł śluby z jedną z tych istot i przebywał z nią w jednym łożu. Za złamanie choć jednego punktu naszego prawa karane jest śmierci.
- Pożałujesz tej decyzji – rzekł Alexander Blake.

Jednym kopniakiem strażnika Alexander runął przed Devil'em na kolana, który złapał go za rozczochrane włosy i uniósł mu głowę, tek aby jeszcze raz spojrzeć mu w oczy.

- Chyba, że powiesz nam gdzie ukrywa się twoja ulubienica.

Alexander plunął mu prosto w twarz.

- Alexandrze Blake egzekucję dokona twój ojciec Centron Blake.

Afryk Devil wrócił na swoje miejsce, a ze swojego podniósł się mężczyzna o poharatanej lewej części twarzy.

- Alexandrze z prawa naszego klanu... – nie dokończył, głos mu się załamał.

Centron Blake położył dłoń na głowę syna, i jakby się modlił opuścił głowę. Łzy spłynęły mu po bliznowatej twarzy.
Na zewnątrz zaczął padać deszcz gdy w komnacie z marmuru dobiegł głośny, mrożący krew w żyłach warkot. A potem strzał ciętego ciała i uderzenie czymś ciężkim na ziemię.
Dębowe drzwi rozwarły się po raz trzeci, a za łańcuchy jak psa strażnicy ciągnęli ciało Alexandra Blake. Jego twarz nadal posiniaczona, ale teraz była tak pocięta, że widać było strzępy lśniących białych kości. Ciągnące ciało pozostawiało na ziemi obfite ślady szkarłatnej krwi.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki