FANDOM


To Opowiadanie jest autorstwa Wronieczny.


Jestem detektywem z Południowej Kalifornii. Dziś chciałbym wejść w Waszą psychikę i uświadomić Wam kilka naprawdę ważnych rzeczy:

Czy zastanawialiście się kiedyś nad różnorodnością, odmiennością i kontrowersją świata, na którym żyjemy? Wiecie, o czym mówię, prawda? Jedni wierzą w to, drudzy w tamto. Jedni mówią, że zabijanie jest w porządku, inni uważają to za czyn godny wiecznego potępienia. Jedni wierzą w reinkarnację, inni w piekło i niebo, a jeszcze inni nie wierzą w zupełnie nic. To jest nasza mentalność. Zawsze, gdy słyszymy słowo: duch, widmo nasze serce nagle przyśpiesza. A słowo "horror" od zawsze kojarzyło nam się z lustrami, duchami, straszydłami i tego typu rzeczami. A czy komukolwiek z Was na myśl niegdyś przyszło, że horror to równie dobrze nasze codziennie życie? Egzekucje, wojny domowe itp. To mnie zawsze bawiło. A co mnie ciekawiło? Opuszczone miejsca, stare, tętniące tajemniczością. Badałem wiele zagadek i mitów. Ktoś powiedział mi abym wybrał się do Prypeci. Powodu nie podał. Czym tak właściwie jest ta Prypeć? Jest to opuszczone miasto w obwodzie kijowskim na Ukrainie, zwane przez ludzi "Miastem widmo". Leży ona kilka/kilkanaście kilometrów od sławnego Czarnobyla, gdzie w 1986 roku nastąpiła największa katastrofa atomowa w dziejach ludzkości - wybuch reaktora. Miasto, które niegdyś tętniło życiem, dziś jest puste. W Prypeci był szpital, stacja kolejowa, basen, diabelski młyn etc. Obecnie wszystko jest porośnięte mchem, zardzewiałe i postarzałe. Obdarte, opuszczone bloki tworzą smutny, ale bardzo trafny obraz Prypeci, a rzeczy pozostawione w niej w pośpiechu przez ewakuowanych mieszkańców do dziś tam leżą. Jest też szkoła, gdzie leżą zeszyty i książki, a czasami nawet plecaki uczniów. Od 1986 nikt w Prypeci nie mieszkał. Była całkowicie opuszczona. Nie była również remontowana, więc samo miasto powoli się sypie. Obecnie "Miasto widmo" stanowi atrakcję turystyczną dla ludzi lubiących tego typu rzeczy. Sam postanowiłem się tam wybrać.



Zebrałem ekipę z oddziału, jeden z nich znał język ukraiński, więc dogadał się z władzami, i wszystko poszło jak z płatka. Zakupiliśmy również dozymetr, który jest tam obowiązkowy dla turystów. Pokazuje siłę promieniowana panującą w danym miejscu. Cała wycieczka kosztowała mnie 300 dolarów. Pierwszego dnia wyruszyłem na lotnisko, wylecieliśmy do Słowutyczu prywatnym odrzutowcem. Słowutycz to miasto, w których znajdowały się mieszkania pracowników elektrowni. Jeden z nich wyjechał do Norwegii, więc to jego pokój zajęliśmy. Wszyscy posnęli jak zaklęci, ogarnięci ogromnym zmęczeniem po monotonnej podróży. Noc przespaliśmy dobrze. Śniadanie zjedliśmy w spokoju rozglądając się przez okno na zielony las. Wszyscy ubrali się i wyruszyliśmy na stację kolejową. Obecnie tamta linia jest nieczynna, jednak specjalnie na nasz przyjazd zorganizowano nam przejazd pociągiem do Czarnobyla. Natomiast z Czarnobyla do Prypeci mieliśmy iść pieszo. Był to marzec. Było pochmurnie, miejscami mgliście. A obłoki mgły niczym kłębki miękkiej waty skraplały się na szybach starego pociągu. Większość ludzi z oddziału rozmawiała, przygotowywała sprzęt, ładowała aparaty. Ja natomiast zasnąłem. Nawet nie pamiętam, czy cokolwiek mi się śniło, bo była to zwyczajna, prosta drzemka. Pamiętam jednak pisk przy zatrzymaniu. Wszyscy sięgali po swoje plecaki, więc zerwałem się chaotycznie, chwyciłem, co moje i wyszliśmy. Od razu poczuliśmy klimat tego miejsca. O dziwo sam Czarnobyl do końca pusty nie jest. Trwają tu przemarsze strażników, którzy patrolują wejścia do strefy zamkniętej. Wszyscy pouruchamiali swoje dozymetry, oraz sięgnęli po mapy. I teraz stała się katastrofa - zapomnieliśmy wziąć ze sobą odpowiednich papierów ze Słowutyczu. Kumpel zaznaczył mi drogę niepatrolowaną przez straże. W sumie to dalej mogliśmy się tam dostać. Wystarczyła odrobina sprytu. Drogę przewodził las. Powalone brzozy wiły się wzdłuż drogi niczym zdrewniałe węże. A brzozy rosnące wyglądały mrocznie. Miały powykręcane i grube pnie. Wszyscy jednak dobrze się bawiliśmy. Nie zachowywaliśmy się za specjalnie cicho, więc nie przyszło nam wysłuchiwać obecności miejscowej fauny. Nagle mógłbym przysiąc, że za drzewem poruszyło się coś. Przez ułamek sekundy spojrzało mi w oczy. Wyglądało obłędnie. Na policzkach miało ślady licznych cięć, ucięty w połowie nos a jego oczy błyskały gniewną czerwienią. Podskoczyłem wydając z siebie głośny krzyk. Wszyscy zesztywniali. Wmawiali mi, że mam zwidy. Mi też przyszła na myśl ta spekulacja, jednak w praktyce cholernie ciężko w to uwierzyć. Nagle odsłoniła się przed nami Prypeć. Rozwiała cały mój strach. Wyglądała potężnie. Szedłem blisko mojego kumpla. Bardzo bałem się, co dalej będzie. Cholera, widmo w lesie to było ciężkie przywitanie. Wszyscy nie przejmowali się tym, podziwiali Prypeć. Na małym placyku nieopodal ulicy Kurchatova zrobiliśmy sobie małe zebranie. Opowiedziałem kilka relacji osób będących tutaj. Wszyscy byli przerażeni. Byli jednak zawodowymi detektywami, więc zaczęli szukać jakichkolwiek śladów. Ja spacerowałem sobie spokojnie. W tle słyszałem już głuche głosy moich kolegów z oddziału. Ja z moim kumplem zasiadliśmy na ławeczce, lekko spróchniałej w dodatku. Otworzył laptopa. Pokazałem mu wpisy na forum, o duchach w Prypeci. Oglądaliśmy w Googlach zdjęcia. Wpisywaliśmy różne frazy, aby się czegoś dowiedzieć. Po tym, co za chwilę zobaczyłem włosy stanęły mi dęba, i zacząłem wrzeszczeć jak baba. Widziałem tam dokładnie to, co w tamtym lesie. Pocięte policzki, ucięty nos. Brr, nawet teraz się boję, wspominając to. Kumpel również aż podskoczył, mimo, że był z niego kawał twardziela. Gdy nieco ochłonęliśmy mój kumpel zdecydował się nacisnąć na link. Upewniając się, że antywirus jest włączony zrobił to. Odniosło go na stronę. Wyglądała bardzo "nieprofesjonalnie". Zwyczajne czarne literki na białym tle, oraz zdjęcie tego samego zjawiska, którego doświadczyłem. Na moje nieszczęście - wpis był po ukraińsku. Jak już pewnie się domyślacie, próbowałem wszelkich tłumaczy, translatorów i tego typu bajerów, jednak nic to nie pomagało? Tworzyło wręcz jeszcze gorszą plątaninę źle przetłumaczonych wyrazów, w których bardzo ciężko było doszukać się jakiegokolwiek sensu. Po długiej "wojaczce" z translatorem postanowiłem załatwić to nieco inaczej. Zadzwoniłem do mojego kumpla, który w tej chwili zapewne zwiedzał prypeckie bloki. Był to ten sam kolega, który dogadał się z władzami. Miał on ogromne pojęcie o ukraińskim. Mieszkał on w Kijowie 7 lat, studiował tu i maturę pisał po ukraińsku. Po ukończeniu studiów i zdobyciu tytułu detektywa przyleciał do Południowej Kalifornii i dołączył do naszego oddziału. Po 20 minutach przybył na miejsce. Gdy sobie to przypominałem ledwo się nie popłakałem. Kumpel, który ze mną siedział opowiedział mu o wszystkim. Był w ogromnym szoku, ostatecznie zdecydował się zgodzić na przetłumaczenie artykułu:



- Dajcie mi 10 minut. - Odrzekł.



Dołączyliśmy do reszty zwiedzających, zostawiając naszego kumpla na ławce. Na chwilę zapomniałem o całej sprawie. Oglądaliśmy stare artefakty. W teorii możnaby powiedzieć, że było tam trochę strasznie. W praktyce jednak robiło to ogromne wrażenie.



- Nieźle, nie? - Zapytałem kumpla.

- Stary, rewelka. - Odpowiedział mi - Musimy częściej tu zaglądać.

- Wiesz, całkiem inaczej jak na zdjęciach - oznajmiłem mu ze szczerością.



Chciał mi odpowiedzieć, w rezultacie wydukał jedną pół-sylabę, gdyż przerwał nam dźwięk przychodzącego SMS-a. Brzęczenie głośnika, które odczuwałem w kieszeni spodni potwierdziło, iż to mój telefon. Wyjąłem go, lekko podenerwowany odblokowałem klawiaturę.



1 NOWA WIADOMOŚĆ



Nacisnąłem odnośnik "pokaż". Moim oczom ukazał się tekst:



Kurwa, stary. To jakiś obłęd. Przyłaź na ławkę, musisz coś zobaczyć. Pośpiesz się! Widzimy się na miejscu.



Bardzo podbuzowani wiadomością szybko wyruszyliśmy w kierunku małego placyku. Pokazałem koledze SMS-a. Po 15 minutach drogi ujrzeliśmy już naszego speca. W jego oczach widać było strach, jego źrenice były gwałtownie powiększone. Kuliste niczym bila, błyskały węglową czernią.



- Siadaj.

- Siema, co tam? Napisałeś mi wiadomość jakieś 20 minut temu. O co chodzi?

- Jestem w szoku. Dziwny artykuł, po prostu przeczytaj.



Podał mi laptopa. Był bardzo gorący, bateria powoli się wyczerpywała.



- Zapisałem tłumaczenie, jako plik tekstowy, masz tam na pulpicie. O tutaj. - Wskazał palcem.



Otworzyłem i z przerażeniem czytałem:



Rok temu były mieszkaniec Prypeci - Jurij Krumov postanowił wrócić do rodzinnego miasta z rodziną po część rzeczy, które zostawili lata temu. Mimo iż miał odpowiednie zezwolenie, został bardzo brutalnie potraktowany przez straże. Jego żona i dzieci zostały rozstrzelane na jego oczach. Następnie spalono ich zwłoki i powieszono na drzewach, również na jego oczach. Na końcu brutalnie go pobito i uduszono. Ucięto mu część nosa, przecięto policzki i wypalono oczy zapalniczką. Morderstwo zostało popełnione na leśnej, od dawna opuszczonej dróżce prowadzącej do starej, pordzewiałej bramy wschodniej Prypeci. Ciała prawdopodobnie leżą zakopane. Od tamtego czasu dróżka jest nawiedzona. Co dzień pojawia się tam widmo przypominające zmasakrowanego mężczyznę. Widmo jest groźne dla ludzi, potrafi udusić. Ludzie, którzy je widzą najczęściej popadają w schizofrenię, lub popełniają samobójstwo w kółko powtarzając: Wolność jest iluzją. Jeśli kiedykolwiek trafisz na tą dróżkę, natychmiast zmień trasę. Jeśli życie Ci miłe, błagam. Nigdy, przenigdy nie przechodź tamtędy. Dróżka nie jest obecnie patrolowana, każdy może się tam dostać. Natomiast mało, kto z niej wraca.



Tekst zakończył się. Poniżej było już tylko zdjęcie. Nie mogłem na nie patrzeć. Wyłączyłem laptopa. Smutny zacząłem zakrywać oczy spoconymi dłońmi.



- Ja też byłem przerażony. Spełniłem Twoją prośbę. - Powiedział.

- Dzięki, chłopie. W końcu wiem, co tam się stało. Ludzie są okropni. Pokój jego duszy, nawet, jeśli jest żądna zemsty. - Odpowiedziałem.

-, Ale to dziwne, że Ty ujrzałeś to widmo, a ja nie.



Miał rację. Chociaż jeśli piszą o tym w sieci, mam pewność, że nie zwariowałem.



-, Taa.. Wisimy na sznurku. Straże nie mogą nas ujrzeć. Zapłacimy porządną grzywnę za brak zezwolenia. Ale wrócić tam też nie możemy.

- No niestety, bracie. Zrelaksujmy się trochę, co Ty na to?



Ponownie dołączyliśmy do reszty zwiedzających. Weszliśmy na stary basen. Woda była brudna, można było ujrzeć w niej jakieś obrzydliwe glony, i zieloną barwę. O dziwo stare bloki postawione na krzyż wyglądały całkiem nieźle. Widać w nich było tętniące niegdyś życie. W starych, popękanych, brukowanych ulicach widać było jeżdżące niegdyś samochody. W oknach widać było uśmiechnięte twarze mieszkających tu niegdyś ludzi. Wpatrując się w rozwalony w połowie balkon widziałem ludzi. Ludzi, dawnych mieszkańców. Spacerowaliśmy. Wiał akurat lekki powiew wiatru. W liściastych topolach słychać było świsty i gwizdy. Było około godziny, 14: 45 kiedy stało się to. Jakieś piski, krzyki. Nie pamiętam nawet, co to było. Odwróciłem głowę i ujrzałem Marthę - koleżankę z oddziału. Pobiegła w moim kierunku, patrząc mi się w oczy powoli dukała to, co się stało. Słowa nie chciały ulatniać jej się z ust, chwyciła mnie, więc mocno za rękę i zaprowadziła. Zatkała mi usta i kazała iść powoli. Zbliżałem się, zbliżałem. W końcu wyjrzałem zza winkla.



- Wolność jest iluzją, wolność jest iluzją, wolność jest iluzją...



Włosy stanęły mi dęba. Przełknąłem ślinę. To był Louis - kolega z oddziału. Zapewne nie zdążyłem mu tego pokazać. Kilka sekund później dobiegła reszta oddziału. Oczy Louisa błyskały gniewną czerwienią:



- Zostawcie mnie... Zostawcie!



- Stary, nie rób głupstw. Daj spokój.



Zapewne szef nie wiedział, że samobójców się nie prowokuje. Louis docisnął broń do skroni i pociągnął spust. Jego głowa rozpadła się niczym dynia, a martwy korpus bezwładnie padł na posadzkę. Czułem jak z jego rozwartej szyi ulatniają się jego demony i dobre duchy. Wszystkie jego czyny, słowa przeleciały mi przed oczami, w moim umyśle zakłębiła się myśl. On już nie żył. Wszystko, co z nim związane, trzeba to wykreślić. Taki obraz miałem patrząc na jego trumnę. Widziałem ponętne łzy na policzkach moich przyjaciółek i rany w sercach moich przyjaciół. Coś we mnie umarło w tym momencie. Coś pękło, powodując wodospad łez. Trumna opuściła się na parcianych pasach wgłąb ogromnego, pieczarowego grobu. Grób zalano betonem, dokończono pomnik i takie tam. Wszyscy się rozeszli. No cóż, obecnie nasza agencja już nie istnieje. A jak zakończyła się ta historia? Krzyki, ból po śmierci Louisa. Przylecieli po nas kilkoma helikopterami. Z placu koło Kurchatova zawieźli nas do Słowutyczu. Tam spakowaliśmy się i wyruszyliśmy odrzutowcem do swoich domów. Z Prypecią nie mamy nic wspólnego. Obecnie wszyscy powyprowadzali się. Z nikim nie mam już kontaktu. Z dochodzących mnie słuchów kilka osób trafiło do zakładu psychiatrycznego. Część z nich po prostu się odcięła....



KONIEC 

PODOBAŁO SIĘ? ZOSTAW KOMENTARZ :) 

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki