FANDOM


To Opowiadanie jest autorstwa Montez.


To była połowa lipca, a niebo było bezchmurne jak zazwyczaj bywało w tym właśnie miesiącu. W małym miasteczku gdzie słonce przygrzewa nadzwyczaj mocniej, mieszkańcy spędzali tam zazwyczaj najwięcej czasu w uroczym przewiewnym pubie, gdzie chłodzili się zimnymi napojami i oddawali się codziennym plotką. Wokół prawie co nie ubranych ludzi dość śmiesznie komponowali się z siedzącym w kocie pubu zakapturzony nieznajomym, który bezszelestnie to podnosił swoja szklankę opijając łyk, to stawiał ją z powrotem na blacie wypolerowanego stołu. Glizdogon nagle zadżal choć słonce grzało go w plecy. Gdy jednak gęsia skórka przeszła mu po plecach, westchnął i mruknął sam do siebie:

- Czarny Pan czeka – głos mu lekko drżał.

Już miał wstawać, gdy jakaś kobieta podeszła do jego stolika wesoło zagadując.

- Przepraszam czy tu wolne? Widzę, że pan miał już wychodzić, proszę zostać i napić się ze mną lemoniady – powiedziała te słowa dziarsko i bardzo szynko, rzucając na stół swoja wilka kremowa torbę z dużym plastikowym kwiatem do niej dopiętym.

Glizdogon mimowolnie wrócił na swoje miejsce, od razu rozpoznając kobietę, która przed nim siedziała. Była to dość tęga kobieta, o kręconych słomianych włosach, o mocnym makijażu i w jedwabnej pomarańczowej sukni w falbany. Była to Berta Jorkins urzędniczka ministerstwa magii.

- Podobno maja tu pyszna lemoniadę – wyśpiewała grzebiąc w swojej torebce.

Glizdogon milczał, ukradkiem tylko zerkał co i raz na nią spod kaptura, który zaciągnął nieco mocniej na głowę. Berta wreszcie znalazła to czego szukała. Na stół rozłożyła wielką mapę, przesuwając po niej zaostrzonym krwistoczerwonym paznokciem.

- Właśnie dostałam urlop w ministerstwie, więc postanowiłam wyruszyć gdzieś w świat. Zawsze chciałam zwiedzić Albanię – mówiła nie spuszczając wzroku z mapy.

Nagle zerknęła na osobę z która siedzi przy jednym stole i zrobiła taka minę jakby co dopiero zauważyła Glizdogona.

- Przepraszam, jak tak gadam... – zaczęła ale przerwała na chwile – nie jest panu gorąco, taka piękna pogoda, a pan w płaszczu i z kapturem na głowie.

Glizdogon nic nie powiedział, ale drgnął gdy Berta schyliła głowę aby zerknąć mu pod kaptur.

- Przepraszam, ale wolała bym widzieć z kim rozmawiam.

Glizdogon szepnął coś niezrozumiale wstając od stołu, jednak Berta nie dawała za wygrana, złapała go za rąbek peleryny zrywając ją mu z pleców. Ku zaskoczeniu Glizdogona Berta głośno się zaśmiała.

- Peter Pettigrew? – zapytała – czy ty przypadkiem nie żyjesz?

- Jak widać żyje – wysapał Glizdogon rozglądając się po pubie.

Nagle wszystkie rozmowy ucichły, więc nie chcąc robić skandalu usiadł z powrotem naprzeciw Berty.

- Ale jak to?

- To dzięki... ministerstwu magii – wypalił pierwsze co mu przyszło do głowy – byłem chroniony przez ministerstwo, bo... byłem poszukiwany przez... Czarnego Pana.

- Czarnego Pana? – zapytała zdziwionym tonem Berta – ty?

- A co w tym dziwnego?

- No nic, zawsze myślałam, że ty... Ale sensacja muszę o tym powiedzieć Ricie Skeeter, ale będzie zdziwiona.

- NIE! – krzyknął stanowczo Glizdogon – nie bo... bo Czarny Pan mnie znajdzie.

- Co ty opowiadasz, przecież Sam-Wiesz-Kto nie żyje – powiedziała Berta robiąc poważna minę. – Gdzie jest moje pióro? – zapytała grzebiąc w torbie.

- Po co kłopotać Skeeter, sama napisz o mnie artykuł. Będziesz sławna.

Berta zrobiła minę sugerującą, że myśli nad słowami Glizdogona, ale po nie mniej minucie dziarsko pokiwała głową wyciągając z torby pióro, atrament i pergamin.

- Ale nie tutaj, chodźmy w mniej tłoczne miejsce.

Glizdogon wyprowadził Bertę z miasteczka i razem ruszyli wąską leśną ścieżka w głąb lasu, mijając kolejne drzewa i ostre krzaki jeżyn dotarli do opuszczonej, obrośniętej mchem i winoroślą starej chaty drwala, do której Glizdogon wprowadził Bertę. Jednak zanim zdołała cokolwiek dostrzec dostała czymś w potylice i straciła przytomność.

Ocknęła się z bólem głowy. Na zewnątrz było już ciemno, a w pomieszczeniu paliło się tylko w rozwalonym kominku. Jednak gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności i leniwego światła, nie wiedziała co ma robić, przez co, co zobaczyła. Nieznana jej z nazwy postać siedziała naprzeciw niej w zjedzonym przez mole starym fotelu. Była to blada imitacja człowieka ze szkarłatnymi ślepiami i długimi palcami.

- Kim jesteś? – zapytała.

- Na pewno o mnie słyszałaś Berto Jorkins – monstrum miało dziwnie piszczący głos.

Berta odwróciła głowę bo zrobiło jej się niedobrze.

- Kiedyś nadałem sobie imię, które boją się wymówić czarodzieje na całym świecie.

- To nie możliwe, Sam-Wiesz-Kto nie żyje, zginał czternaście lat temu – jęknęła Berta przełykając ślinę.

- LORD VOLDEMORT żyje – warknął Voldemort, a jego szkarłatne oczy zabłyszczały jak dwa reflektory – Glizdogon mówił mi, że pracujesz w ministerstwie magii, mam nadzieje że przyniosłaś mi jakieś ciekawe informacje, które pozwoli mi odzyskać dawna silę.

Voldemort uniósł swą różdżkę i Berta straciła świadomość samo myślenia, słyszała tylko ten dziki, piszczący i zimny głos Voldemorta.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki