FANDOM


To Opowiadanie jest autorstwa CreationKeeper.


Jadąc motorem Meredith patrzyła na grupy osób, które chowały się tu i tam w jaskiniach chcąc przeżyć. Jechała ponad godzinę i dotarła do starego mostu kolejowo - drogowego. Nie widziała świateł, więc obawiała się najgorszego. Wyłączyła silnik i lampy, by nikt jej nie usłyszał czy zobaczył, była bowiem noc. Założyła noktowizor i wzięła karabin maszynowy. Była pewna, że coś może się wydarzyć.

Nagle usłyszała ludzkie głosy. Byli to wysłani żołnierze Paktu, którzy mieli pomóc szeryf. Byli ubrani w kombinezony bojowe, zakrywające niemal wszystko. Część syczała parą i była pomalowana. Miała symbole, wzory i inne, tym podobne rzeczy.

- Cześć, chłopcy. - powiedziała. - Jestem Merry Markson, szeryf tych ziem. Który to dowódca?

- Ja. - powiedział jakiś wysoki mężczyzna rasy czarnej. Krzepę miał chyba całkiem sporą, trzymał w jednej dłoni ciężki karabin maszynowy. - Porucznik Gregor Willis z Ameryki. Komandor Kazyrow nakazał nam do pani dołączyć. Mamy założyć bazę.

- Rozumiem. A potem.

- Potem mamy czekać na posiłki. Kwadrans godziny drogi na południe stąd leży polana. Tam są już nasi ludzie. Zabezpieczają okolicę.

- Nie traćmy czasu. Wskakuj na motor i pokaż, gdzie jest oddział.

Ruszyli więc jeepami i motorami, jakimi tu przyjechali. Dotarli tam po piętnastu minutach, jak mówili. Postawiona była kwatera główna i magazyn na żywność i broń. Pani szeryf wysiadła z wozu i poszła do głównego budynku bazy. Od komendanta usłyszała:

- Pani szeryf. Jestem komendant Gaspard Nielson. Przekazuję pani dowództwo. Rozkazano nam wybudować koszary i utworzyć posterunek.

- Dobrze. - powiedziała trochę zdziwiona. - Na początek zebrać surowce niezbędne do budowy bazy.

- Tak jest.

Roboty górnicze pracowały ciężko, kierowane przez ludzi przed komputerem w centrum dowodzenia. Wydobywali z pobliskiej kopalni jagin, minerał potrzebny do produkcji energii i wydzielający olbrzymią ilość pary przy wykorzystywaniu. Był głównym minerałem w kosmosie, a odkryty został na Europie, księżycu Saturna. Inne zaś wydobywały podziemny, żółty gaz zwany Ugonem. Zastąpił ropę naftową i węgiel, co pozwoliło na wynalezienie napędu nadświetlnego. Substancja ta pokrywała się na meteorytach i w momencie trafienia w ziemię zagnieżdżała się w skałach na stałe, tworząc swego rodzaju kominy wulkaniczne, skąd ulatniał się od czasu do czasu żółty dym i substancja w tym samym kolorze.

Merry nagle coś zauważyła. Dziwne, świecące oczy spoglądały na nią z pobliskiego jeziora. Ruszyły się i zeszły z wału, który umacniał akwen przed zalaniem Bagien Pawłowskich. Zaczęła się zastanawiać, czy nie przypadkiem ktoś lub coś się na nich czai. Jako że rozkazano im zbudować koszary, postanowiła porozmawiać z komendantem.

- Komendancie.

- Słucham, proszę pani.

- Przy jeziorze Okahin zauważyłam coś dziwnego.

- A co, jeśli można spytać.

- Światło. Patrzyło na mnie, a potem odeszło. Stało na wale. Czy to mogą być obcy? - słychać było lekkie przerażenie.

- Oby nie. - uspokoił ją - Nie możemy ryzykować ataku na naszą bazę. Może pani wziąć oddział Willisa i sprawdzić co się dzieje. Obejmę tymczasowe dowództwo.

- Zróbmy tak. - powiedziała dość spokojnie

I tak Meredith wzięła swój motocykl i oddział z Afroamerykaninem na czele. Mimo wielu pytań podejrzewała też, że Syntetycy i Organicy porozumieli się i chcieli zaatakować razem ludzkość. Musieli być przygotowani na każdy możliwy scenariusz. Dojeżdżali po trzech minutach do jeziora. Dotarli na wał i nikogo, o dziwo, nie było.

Markson przeczuwała, że była w coś wrobiona. Wiedziała, jak można uchronić się przed pułapkami. Nie przypuszczała jednak, co odkryje.

Z wody coś się podniosło, wyprostowało się i razem z innymi popatrzyło swymi świecącymi, żółtymi oczami. Płonęły. Widać było z nich dym w takim samym kolorze co oczy. Wyglądały jak umarli.

- Mój Boże. - mówiła. - Co to jest?

Jedne chodziły na rękach i nogach, inne stały. Ta najbardziej podobna do człowieka coś trzymała. Prawdopodobnie był to miecz, ale miał kolce i wyglądał trochę rdzawo. Mgła się podniosła i odsłoniła jezioro i moczary. Istot było ze cztery, lecz w górze zauważyła latający obiekt w kształcie walca. Na przodzie miał dziwną twarz rekina, a z tyłu silniki. Nie były to jednak ani istoty organiczne, ani syntetyczne. Część cuchnęła padliną.

Człekokształtny wrzasnął upiornym rykiem i podniósł swą prawa rękę, trzymając "miecz" i nagle upiorne krzyki odezwały się z jeziora i cały akwen zapełnił się różnymi.

- To zły znak. Zwiewajmy. - powiedział Afroamerykanin.

- Wycofać się do bazy! Już!!! - krzyknęła szeryf.

Wsiedli na pojazdy, a istoty atakowały ich wręcz lub na dystans. Natychmiast baza została poinformowana, a bunkry i okopy - obsadzone. Miło było patrzeć, jak wojsko przygotowało swą broń i maszyny, działa były już skierowane, a baterie przeciwkosmicznej obrony ustawiły się w górę. Zwiadowcy szybko się ustawili, a pani szeryf pobiegła do kwatery.

- Co tam się, do czorta stało? - spytał biegnąc do niej.

- Sam Bóg wie, Gaspard. - mówiła zdyszana i blada z przerażenia. - Goni nas coś upiornego. 

- Poderwać kosmoloty. Bronić bazy.

Rozpoczął się szturm na bazę Meredith i Gasparda. Wziął ręczny karabin maszynowy, a ona poszła z powrotem do motoru. Istoty wskakiwały do okopów i na bunkry. Ginęły tysiącami, ale rozrywały na strzępy wszystkich żołnierzy. Wkrótce jednak wycofały się.

- Co to w ogóle było? - spytał Meredith Gregor.

- Ja... - mówiła przerażona. - Ja pierwszy raz... Widzę coś takiego.

- Przypominały trupy. Ale nie pasują do klimatu tej kolonii.

- Trzeba powiadomić dowództwo. Gaspard!

Komendant Nielson szedł ze sztywną, lewą nogą. Był nie tylko cały blady, ale we krwi tych istot.

- Komendancie!? - podbiegł krzycząc porucznik. - Jest pan cały, komendancie?

- Tak. - mówił kaszląc. - Tak. Mam tylko jakiś kolec w nodze. Chyba zatruty.

- Sanitariusz. Ranny komendant. - wołała. Podbiegła jakaś brunetka w stroju sanitariuszki.

- Stan pacjenta. - mówiła.

- Kolec w nodze pod kolanem, zatruty. Duże osłabienie organizmu.

Sanitariuszka wyjęła rzeczy niezbędne do zrobienia opatrunku i strzykawki. Poprosiła ich o pomoc. Istoty, które ich zaatakowały były tak ohydne i straszne, że wielu miało mdłości i przeraziło się. Baza mogła przypominać chyba kostnicę, nawet w powietrzu czuć było odpychający smród padliny. Podczas natarcia zginęło 20 żołnierzy, siedmiu z CKM, dwóch piromanów i pięciu snajperów. Reszta to zwykli żołnierze. Niektórych zeżarł jakiś rodzaj pomarańczowego kwasu, podobnego do solnego, ale o większej sile. Uszkodzone zostały bunkry i koszary. Cały zachował się jedynie oddział Markson i jej motocykl bojowy. Kwatera główna miała uszkodzoną instalację radiową, ale inżynierzy szybko naprawili te rzeczy. Wysłanie meldunku stało się możliwe.

<< Poprzedni rozdział

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki