FANDOM


To Opowiadanie jest autorstwa 32Polak.


Przedstawiam wam prolog Więcej niż Magii.

Treść Edytuj

Prolog Pogoda panująca w ciągu ostatnich dni, zmieniła się tego wieczoru wręcz niewyobrażalnie. Niebo nie było już bezchmurne, nie pokazywało swego czystego błękitu i dużego, świecącego słońca. Nie wiał leciutki i przyjemny wiaterek, który wręcz relaksował osoby, będące na spacerach w tę piękną pogodę.

Teraz nieba wręcz nie było widać; o słońcu i błękicie nieba można było jedynie pomarzyć. Wiaterek był, jednak już nie taki lekki; nie było by to przegięciem, aby nazwać go „huraganem“. A na dodatek padał deszcz. Kamienista gleba, zmieniła się w wielu miejscach w błoto, robiąc z całej okolicy jeden wielki bajzel. Pogoda ta sprawiała, że okolica mimo, iż nie należała do najpiękniejszych w Anglii, teraz była jeszcze mniej okazalsza.

Nikt się jednak tym nie przejmował. Wszyscy, prawie wszyscy mieszkańcy miasteczka, w którym zaczyna się ów historia, spędzali wieczór w miejskiej gospodzie: wspólne rozmowy, śpiewy, tańce i kufel piwa były przyjemniejsze, niż wieczór spędzony przy oknie i wyczekiwanie promyczka słońca i maluteńkiej plamki błękity. A kysz, nędzne chmury!

Gospoda nazywała się W Gospodzie i znajdowała w centrum miasteczka, na dość dużym jak na nie placu. Plac otoczony był budynkami, w których dawniej znajdowały się sklepy, a nawet inne gospody, czy pubu. Teraz świeciły pustką i zapraszały szczury i bezdomnych na nocleg. Cud, że W Gospodzie nadal się tu znajduje. Budynek był jednopiętrowy, zbudowany z czerwonych cegieł. Na parterze szaleli goście, nie zwracając uwagi na pogodę, którą mogli ujrzeć przez duże okna, z drewnianymi framugami. Na pierwszym piętrze były pokoje dla przejezdnych gości lub takich, którzy chcieli się zabawić na osobności.

Goście na parterze lokalu szaleli, ile wlezie. Jeden przekrzykiwał drugiego, zarówno w zwykłej rozmowie, wspólnym śpiewaniu czy zamawianiu kolejnego kufla piwa. W oczach właściciela gospody, który stał za ladą i pomagał barmance, można było ujrzeć euforię, którą był fakt, że tego wieczoru wiele zarobi.

Wszyscy byli tak pochłonięci zabawą, że nawet nie zauważyli, że jeden z klientów, właśnie, niestety, wyszedł.

Był nim mężczyzna średniego wzrostu, o szerokich ramionach, kruczoczarnych krótkich włosach i oczach tego samego koloru; były one jednak ciepłe, co zupełnie nie pasowało do tego koloru. Jego czarną czuprynę zakrył kapturem, pochodzącym z jego płaszcza. Rozejrzał się szybko po placu i ruszył w drogę do domu.

Do budynku, w którym mieszkał z rodziną, prowadziła jedna z czterech uliczek, prowadzących na plac. Dochodząc do jej końca można było ujrzeć mały drewniany domek, stojący na uboczu miasteczka. Czekała na niego rodzina, a patrząc na godzinę, jedynie żona z drewnianą łyżką w ręce. „Mówiąc, że możesz iść się napić, nie miałam na myśli, że wrócisz tak późno! Ale śmierdzisz.“, takie słowa usłyszały po swoim przybyciu.

Mężczyzna szedł szybko. Przechodząc obok wysokiego pomnika, stojącego na środku placu, dostał - jak zwykle zresztą - gęsiej skórki. Nikt, dosłownie nikt nie wiedział, kogo ów pomnik przedstawia; wysoki i na dodatek stary mężczyzna, trzymający w lewej ręce grubą księgę, a prawą pokazując w niebo. Musiał to być jednak ktoś ważny, inaczej nie postawiono by mu pomnika w centrum miasteczka. Doszedł do swojej uliczki i zatrzymał się przy zamkniętym sklepiku na rogu. Dawniej należał do rodziny Quirindinów, dziwacznej rodzinki, która opuściła lokal, miasteczko i zniknęła. Okna były zabite deskami, a poprzez dziury wygryzione przez termity na bank weszła do środka armia szczurów, szukających schronienia i pożywienia.

Odwrócił się, spoglądając jeszcze raz na W Gospodzie i ruszył dalej.

Będąc coraz bliżej, czuł coraz bardziej ciepło, wydobywające się z rozgrzanego piecyka i bólu głowy, który pochodzić będzie od drewnianej łyżki. Ach... Kochał to. Zdenerwowana współmałżonka miała w sobie to coś.

Do domu dzieliło go zaledwie sto metrów, może odrobinę więcej, gdy coś się wydarzyło. Mężczyzna się zatrzymał. Ulica, na której się znajdował była wąska, budynki były ciemne, małe i praktycznie co drugim, znajdowała się ślepa uliczka. Z jednej z nich dochodziły dziwne dźwięki, które nakazały stanąć mu w miejscu.

Nie wiedział, jak je opisać, ani co je wytwarza. Jeszcze nigdy w swoim życiu takich nie słyszał. Nie wiedział, czy ma podejść do uliczki, która była na wyciągnięcie ręki i sprawdzić, co się w niej znajduje, czy odejść, udając, że nie nie usłyszał i nic się nie wydarzyło. Nie zrobił jednak ani tego, ani drugiego. Strach opętał jego nogi i nakazał stać mu w miejscu, spoglądając cały czas na mroczny zakamarek, z którego dochodziły dźwięki.

Mężczyzna nie wiedział, czy po jego czole spływają krople deszczu czy potu; kaptur nie sprawiał się, tak jak powinien. Czuł jednak, że jego serce bije, jak szalone i zaraz wyskoczy mu z gardła. Dostał nawet gęsiej skórki, jednak wmawiał sobie, że to z zimna. Dźwięki ucichły. Cisza ta była jednak bardziej przerażająca, niż one same. „Dlaczego nikt inny ich nie usłyszał?“, pomyślał przechodni. „Przecież aż tak ciche nie były. Czyżby wszyscy spali?! A może są W Gospodzie?“. Nie wiedząc, co zaraz nastąpi, stał nadal w miejscu, czując, że jego kończyny robią się coraz cięższe i cięższe.

Usłyszał kroki. Ktoś zbliżał się do niego, wychodził ze ślepego zaułka. Ale kto?! Kiedy tam wszedł? I jak wydawał te dziwne i nieludzkie dźwięki?!

Wysoka postać ubrana była równie w płaszcz, z kapturem na głowie w kolorze jasnego brązu. Dwoma rękoma trzymał coś, owinięte długimi rękawami i innym materiałem w kolorze bladej czerwieni. Cień i mokre włosy opadające na jego twarz, nie pozwalały opisać jego wygląd, czy wiek. „Kto to jest, do diabła?!“, pytał mężczyzna sam siebie.

Obcy zrobił jeden krok na przód. Strach opuścił mężczyznę i ten cofnął się parę kroków do tyłu. Przybysz chciał jakby coś powiedzieć, jednak z jego ust wyleciała jednak masa niezrozumiałych słów, brzmiących jak bełkot osoby upośledzonej. Nie mógł się powstrzymać i zapytał:

- Proszę?

Obcy stanął w miejscu. Mogło się zdawać, że był on zaskoczony tym, że potrafi mówić.

- Pomocy - powiedział męskim i wystraszonym głosem. - Potrzebuję pomocy.

- Pomocy? Cóż bym mógł dla pana zrobić? - zbyt duża dawka alkoholu sprawiała, że był milszy, niż zwykle jest.

- Rok. Który mamy teraz rok? Pytanie go zaskoczyła. Przez cały czas musiał chyba siedzieć w tym zaułku i pić, jak szalony. Teraz chyba również trzyma w rękach butelkę piwa.

- Mamy rok 1244.

Usłyszawszy te słowa, obcy mężczyzna zbladł jeszcze bardziej, co było w jego przypadku praktycznie niemożliwe.

Koniec prologu

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki