FANDOM


To Opowiadanie jest autorstwa CreationKeeper.


PrologEdytuj

Minęło pięćdziesiąt lat odkąd Zjednoczone Imperium Wolnych Planet zniszczyło stolicę Zjednoczonego Imperium Anosorentów, planetę Anosorent i układ Hert. Wcześniej jednak rzuciło inne Zjednoczone Imperia – Koalicji Rozejmu i Federalnych Państw.

W całym kosmosie panoszą się głód, zaraza i bieda. Dwadzieścia pięć lat temu ujawnili się Strażnicy Cesarscy – kosmiczni terroryści.

Na szlakach handlowych w kosmosie niepodzielnie panowała Unia lub piraci. Anosorenci i ich pomocnicy albo zostali ułaskawieni za pomoc Unii, albo zesłano ich razem z innymi do Dystryktu 13, więzienia – zamkniętej przestrzeni kosmicznej.

Jednak wszystko wkrótce się zmieni…

Rozdział 1Edytuj

W zajeździe „Pod przyjaznym atomem” było dosyć tłoczno. Miejsce jednak znajdowało się w małym, dawno zapomnianym miasteczku. Wtedy zadzwonił dzwonek oznajmujący, że wszedł klient. Był to człowiek, odziany w łaciaty strój wojskowego, rękawiczki bez osłony na palce, oficerki, kapelusz komandosa, szmaragdowy kamień oszlifowany na diament i noszony jako amulet oraz opaskę kwantowej komunikacji, służacej również za translator języków. Był w stanie tłumaczyć w ciągu nanosekundy. Cały strój był tak naprawdę kombinezonem bojowym. Miał przy sobie pistolet laserowy i karabin maszynowy, również laserowy. Wchodząc wydawał się spokojny i opanowany. Usiadł przy oknie patrząc na miasto.

- Dzień dobry. – przywitał się ludzki barman. – Coś podać?

- Poproszę o jakąś zupę, leczo i herbatę.

- Może być minestrone?

- Jak najbardziej.

Po jakimś czasie weszła noseranka. Każdy z nich miał karłowatą budowę ciała, białe włosy i szpiczaste uszy. Ich kultura była podobna do dziewiętnastowiecznej Wielkiej Brytanii i Rosji. Była ubrana w ciemnoczerwone, skórzane spodnie, żółtą kamizelkę i czarny golf i podobnie jak w większości przypadków, tak i ten strój był kombinezonem bojowym. Spytała się ów człowieka, który właśnie zdejmował kapelusz na parapet obok.

- Można tu usiąść? – spytała się go.

- Tak. Oczywiście.

Zamówiła to samo co on. Po jakimś czasie noserańskiej kobiecie coś się zaczęło przypominać. Brązowe oczy i krukowate włosy człowieka przypomniały jej szybko starego przyjaciela. Zaś on sam rozpoznał błyskawicznie swą starą znajomą.

- William? –powiedziała zdziwiona. – To ty?

- Ta’zha’mull Ga’rida . – odpowiedział. – Ja zwykle urocza i tajemnicza.

Istotnie tych dwoje mogło sobie pozwolić na sporo. William miał brązowe oczy i kruczoczarne włosy. Matką jego była Polka z Białegostoku, Urszula Aneta Sadowska. Była sanitariuszką. Ojciec – Dymitr – pochodził z Bowołosów, rodziny panującej w Unii. Był krewnym obecnego suwerena. Zajmował się kosmosem. Zatem Willy mógł sobie pozwolić na parę rzeczy. Kiedy miał 2 lata rodzice przeprowadzili się z Nowego Jorku na stację kosmiczną „Stolica”, największą stację kosmiczną we wszechświecie. Wtedy zmienili nazwisko na Fahrentis.

Rodzinne szczęście nie trwało jednak długo. Gdy miał 8 lat wracając ze szkoły dowiedział się, że posiadłość została zaatakowała przez nieznanych sprawców. Ojciec zabił dwóch napastników, ale dostał w bark i wykrwawił się na śmierć. Matka została uduszona, gdy opatrywała rany. Williama przygarnęła rodzina przyjaciółki. Sha’zell Ga’rida był lewą ręką Wielkiego Władcy i przyjacielem ojca Williama. Był admirałem we Flocie Wolnych Planet. Noseranin nauczył go wielu rzeczy i zafascynował go kosmosem, szczególnie okrętami kosmicznymi. Studiował więc na Galaxii, planecie – uniwersytecie. Znajdował się tam Uniwersytet Galaktyczny im. Johna Ronalda Reuela Tolkiena. Poszedł na wahadłowcologię, to znaczy na naukę o statkach i okrętach kosmicznych, gdzie zdał testy wojskowe. Został komandorem okrętu ESV „Warna”, jednak olbrzymia eksplozja hipernowej uszkodziła osłony i systemy nawigacyjne. Awaryjne lądowanie zakończyło się na Minerwie – 3. Pojazd został mocno uszkodzony i poszedł do odzysku. Żył w nędzy, mieszkając w zajeździe, utrzymując się z gier hazardowych, wypełniania zleceń i polowań na dzikie stworzenia. Jadł w barze, gdyż nie bywał często w swym hotelu.

Co do Ta’zha’mull to jej matka zmarła przy porodzie. Ojciec, co nie jest pospolite u noseranina urodził się 13 tysięcy lat przed Chrystusem. Był lewą ręką suwerena i najbliższym przyjacielem „Rozjemcy”, syntetyczno – organicznego komputera, który długo trzymał pokój do czasu pojawienia się cybernetyków, innych hybryd istoty rozumnej ze sztuczną inteligencją. DNA człowieka pozwoliło opracować umysł syntetyka u istoty organicznej i empatię u maszyn. Tak doszło do ostatecznego pogodzenia nierozumianych sytuacji w rozmowie biologiczny – syntetyczny. Był to olbrzymi skok ewolucyjny . Córka znanego admirała i bardzo wpływowego wojskowego była szanowana w wielu miejscach. Sława przysporzyła jej zarówno przyjaciół tak i wrogów. Chodziła do tych samych szkół co William. Jej wiodło się inaczej, bo zajmowała się okrętem, na którym się wychowała i gdzie przyszła na świat.

Przy stole powspominali stare czasy. Po chwili „Willy” spytał się noseranki:

- Co Ciebie tu sprowadza?

- Interesy – odpowiedziała wzdychając. – przyjechałam tu po nowe żagle słoneczne do naszego domu kosmicznego.

- Dlaczego? - spytał się z niepokojem Fahrentis.

- Solarorkan „Junona” szaleje w tym sektorze. Próbowaliśmy mu uciec, ale zerwał nam 65 % żagli.

- Znam miejsce, gdzie je sprzedają! – powiedział uradowany. – Mogę Ci je pokazać.

- Serio? – spytała nie wierząc. – Gdzie jest?

- Pokażę Ci po tym, jak opuścimy restaurację.

Tak więc po sutym obiedzie Ta’zha mull poprowadziła lotauto, czyli samochód bez kół, lecz na poduszce antygrawitacyjnej. Człowiek z kolei siedział obok i pokazał jej sklep. Kazała dowieść je na lotnisko im. Zygmunta II Augusta. Znajdowało się na wyspie Zygmunta I Starego. Gdy wyszli ze sklepu spytała się Williama:

- William. Może jedź ze mną? Mój ojciec Ciebie szuka. – zaproponowała.

- Mnie? – odparł zaskoczony. – No dobrze. Pojadę. Ciekawe o co mu chodzi.

Noseranka siadła za kierownicą i jechała na wcześniej wymienione lotnisko. Tymczasem człowiek otworzył Q – pedię, elektroniczną encyklopedię zamieszczoną na komputerze kwantowym, włączył tryb e -booka i zaczął czytać historię Unii Planetarnej. Pisało tak:

„W latach czterdziestych dwudziestego pierwszego wieku doszło do wojen arabskich, które swe żniwa zebrały na Bliskim Wschodzie. Jakby tego było mało w Turcji wybuchła rewolucja, na Półwyspie Koreańskim Północ zaatakowała Południe, a władze Panamy doprowadziły do powstania. W końcu 25 czerwca 2050 roku ONZ ogłosiło samorozwiązanie z powodu braku kontroli nad pokojem na świecie, ale 07 stycznia 2052 roku powstało ponownie dzięki człowiekowi, który w chwili przed wojną światową ogłosił się Suwerenem Ziemi. Był nim Jerzy Bowołos, rosyjski miliarder i właściciel Gazpromu. Firmę oddał swojemu zastępcy po dojściu do władzy. Aż do końca lat pięćdziesiątych dwudziestego pierwszego stulecia naszej ery panowało odrodzenie ludzkości, niespotykane jak nigdy dotąd. Federacja była państwem kosmicznym ludzi z całej galaktyki o ustroju absolutnej monarchii konstytucyjnej. Ustrój ten powstał w Rosyjskiej Federacji, ale z czasem wpływy z Turcji, Zjednoczonego Królestwa, Chin i Japonii przekształciły go w stan obecny z drobnymi zmianami od 2065 roku. Władza dzieli się na demokratyczną (ustawodawczą – Wielka Rada, sądowniczą – sądy i wykonawczą – kanclerz, osoba mająca ogromny wpływ na suwerena), ostateczną (Wielki Władca, monarcha) i ludową (Przodownik i Rada Ludu).

Postęp kolonizacji innych układów i ciał niebieskich zatrzymał się 10 marca 2060 roku. Gdy obcy dowiedzieli się, że ludzie są w Proxima Centauri zamykali laboratoria i obserwatoria w pobliskim układzie. Planeta Admenia była posterunkiem strzegącym Układu Słonecznego. Wtedy ludzkość dowiedziała się, że nie jest sama we wszechświecie. Odkryła też możliwość przemieszczania się między galaktykami. Były to Dromany – Działa Rozpędzenia Materii i Antymaterii, rodzaj tuneli łączących jedną galaktykę z drugą. Podróże trwały zaledwie pół minuty. Co więcej gatunek człowieka odkrył, że nie napotkał jednego gatunku, ale całą wspólnotę kosmiczną. Jedynie 4 układy dzieliły Atenę – układ, gdzie była Admenia – od Słońca. Ludzkość była nie tylko przerażona, ale i ciekawa odkryć w wyniku dotarcia do tej planety. Pierwszy kontakt człowieka z obcą cywilizacją jest podobny do takiej sytuacji, jakby człowiek z epoki amienia łupanego nagle przeskoczyłby do XXI wieku.

Jednak pokój i uczestnictwo ludzkości w Radzie Pokoju, kosmicznym ONZ, trwało zaledwie 3 lata. Rozpad wielkiej wtedy Federacji stał się prawdą. Kolonie ogłaszały niepodległość i zaczęły tworzyć własne państwa. Wielki Władca i Rada Pokoju postanowiły przekształcić Przestrzeń Rady w federację państw. Powstał więc Związek Terrański – organizacja zrzeszająca ludzkie planety i państwa – oraz Zjednoczone Imperium Wolnych Planet, następna generacja Rady, która ogłosiła samorozwiązanie tego samego dnia kiedy powstało ów państwo. Federacja stała się republiką, a Wolne Planety – absolutną monarchią konstytucyjną. Tak zakończyły się niepokoje w Drodze Mlecznej. Ustanowiono też Galaktyczny Kodeks i Kalendarz Kosmiczny. Na początku ZIWP wprowadziło Kodeks i Kalendarz tylko do galaktyki człowieka, z czasem wprowadziły go inne tereny Wolnych Planet. Pierwszy miesiąc według kalendarza gregoriańskiego był też siódmym w ów kalendarzu. Czas kosmosu był przesunięty o 1 godzinę od czasu w obserwatorium Greenwich w Londynie na Ziemi.

Jednak 26 listopada 2135 roku nad Unią i całym kosmosem zawisły czarne chmury. Na kolonie Obrzeża, czyli granicy ZIWP z ZIA dotarli dyplomaci anosorentów. Powiedzieli, że rozpoczęli kolejną erę krucjat. Zażądali poddania się poprzez rozwiązanie Unii i złożenie hołdu Wielkiemu Imperatorowi. Po tym jak czas poddania się minął 21 kwietnia 2137 r. Państwo Anosorentów zniszczyło w proch kolonię ludzi Chou Zen. Tak zaczęła się Wielka Wojna Zjednoczonych Imperiów”.

Dalej nie chciał czytać, gdyż znał ją doskonale. Wielka Wojna Zjednoczonych Imperiów trwała 5067 lat. Raz Ziemia była zagrożona, raz Anosorent. Należy jednak zauważyć, że oprócz Państwa Anosorentów i Wolnych Planet powstały jeszcze dwa inne Zjednoczone Imperia. Były to: Koalicja Rozejmu ze stolicą Pengcho na Astarii i Federalne Państwa z miastem stołecznym Nowy Konstantynopol na Orgafii. W końcu Suweren Michał Opętany, oszalały przez Wielką Wojnę zniszczył układ Hert. Drugi syn wcześniej zmarłego Wielkiego Władcy zdetronizował go i przystał na warunki kapitulacji ZIA. ZIKR i ZIFP podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji po klęsce nad Ziemią w czasie Siódmej Bitwy o Unię. Było to 3 stycznia 6891 r. Na Darwin Prime w dzień zburzenia na Ziemi Bastylii – 14 lipca – wszystkie 3 pokonane frakcje podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji. Podobnie w szczątkach układu Hert, na Orgafii i Astarii. W Chmurze Kosmicznej podpisali kapitulację aberranci, członkowie gatunków, które przeszły na stronę wrogiej frakcji i utworzyły własne kraje wierne przywódcy tej strony konfliktu. W tym konflikcie zginęło 2000 centylionów cywili (16 mld to cywile ZIA) i 80 googoli żołnierzy (ponad połowa z nich to żołnierze ZIWP). Skazanych za zbrodnie wojenne i tych co kontynuowali walkę po kapitulacji zesłano do Dystryktu 13, galaktyki – więzienia zamkniętej systemem obrony przed ucieczką. Nikt żywy stamtąd nie uciekł.

Wszechświat może i zaznał 25 lat względnego pokoju, ale czasy były niepewne. Choroby, bandyci, kosmiczni piraci, terroryści i najemnicy… Wszędzie było niebezpiecznie. Kaprowie stali się piratami. Dochodziło nawet do aktów powstań i separacji na co odpowiadano aktami zbrojnymi, jeśli rebelianci chwycili za broń i strzelali do wojskowych. Były i jednak miejsca lepiej rozwinięte i niezbyt dotknięte wojną. Były to planety centralne noseran, Ziemia, gdzie nie spadła ani jedna bomba z kosmosu, Chmura Kosmiczna czy Stacja Wiedzy. Były to istne oazy wsród zgliszczy świata połkniętego przez wojnę. Miejsca te były pilnie strzeżone przez służby porządkowe, by nie doszło do wojny, chaosu, bądź rewolty. Często przybywali tam handlarze lub piloci niezależnych statków i okrętów kosmicznych.

Gdzieś o 15 ich pojazd opuścił Maxonir – miasto, w którym się spotkali. Liczyło 3 mln mieszkańców. Wjechali na autostradę Ma – 6, czyli Maxonir – Dalsa. Były to 2 miasta Daxtelgatu, państwa na planecie. Podział administracyjny państwa zawierał 15 okręgów. Państwo wchodziło w skład ONZ Minerwy – 3. Reprezentowało ono planetę. Planeta zaś była kolonią Rady Wolnych Światów, a to państwo kosmiczne było jednym z krajów ZIWP.

O 16:45 byli na lotnisku. Nie był to jednak port lotniczy, ale zwykłe lotnisko aeroklubowe dla samolotów i promów. Po prawej stronie bramy wjazdowej na teren lotniska na masztach łopotały na lekkim wietrze flagi. Pierwsza była Daxtelgatu i miała 2 trójkąty prostokątne, niebieski po lewej i czerwony po prawej oraz żółty, równoboczny pośrodku. Druga należała do Rady Wolnych Światów, na której była brązowa gwiazda ośmioramenna na zielonym tle. Trzecia z kolei była flagą Zjednoczonego Imperium Wolnych Planet. Cztery białe orły w rogach, po jednym w każdym i niebieska galaktyka na środku, a to wszystko na czerwonym tle były symbolami państwa pangalaktycznego.Tam czekał okręt kosmiczny. Była to fregata. Nie była wielka, ale mała też nie. Przed nim stał stary noseranin. Miał na sobie mundur Imperium Noseran. Był cały granatowy ze złoto – karmazynowymi paskami przy kieszeniach. Przy lewej nodze miał miecz, półtorak. Był w pochwie, zabezpieczony. Nie został on wykonany jednak ze stali. Było to cyberostrze. Cząsteczki ostrza o twardości diamentu i sile cięcia równej pile łańcuchowej mogły przeciąć prawie wszystko. Staruszek miał krótkie włosy i duży, jak na swój gatunek, wzrost. Wynosił około 130 centymetrów. Przeciętny przedstawiciel tego gatunku miał od 90 do 110 centymetrów wzrostu. Podszedł do zaparkowanego lotauta i powitał córkę:

- Ta’zha’mull. Jak miło Cię widzieć. – powiedział i uścisnęli się jak ludzie. Wiele uczuć ludzi zostało rozpowszechnionych we wszechświecie, lecz wiele też było starszych od nich.

Wtedy zapinając mundur i wyglądając jak prawdziwy żołnierz William podszedł do starego Ga’ridy.

- Admirale Ga’rida! – powiedział stając na baczność i salutując – William Fahrentis zgłasza się.

- Spocznij, Willy! – odparł zdziwiony – Słyszałem, że zostałeś rekartarem, ale nie wiedziałem, żeś tak upadł.

- Nie mam okrętu, załogi, drużyny. – słychać było gorycz i żal. – Zostałem na dodatek uziemiony przez Admiralicję.

- Leć ze mną. Mam pomysł.

- Jaki? – spytał się pełen nadziei.

- Dowiesz się na miejscu.

Wsiadł więc do pojazdu oficera. Jakiś czas później byli w przestrzeni kosmicznej. W oddali widać było Minerwę – 3 i statki kosmiczne lecące do portu w Maxonirze. Lecieli więc prawdopodobnie przed siebie. Williama jednak zastanawiało co chciał admirał Ga’rida.

Rozdział 2Edytuj

Wnętrze kosmicznej fregaty w niczym nie przypominało okrętów ani Wolnych Planet, ani Imperium Noseran. Była wystrojona na bogato, miała skórzane fotele, holograficzne obrazy na ścianach, hamaki zamiast łóżek wojskowych czy dywany przytrzymywane przez małe paski na platformach. Sha’zell Ga’rida sam robił z tymi łupami co chciał. Był kiedyś kaprem Rady Pokoju, a później ZIWP. Mieszały się tam style barokowe, klasycystyczne i secesyjne. Luksusy w jakie opływał były czystym przykładem sztuki noseran. Pokład numer 1 był jego prywatną, kapitańską kajutą. Co ciekawe miał 20000 lat. Było to niezwykłe, gdyż noseranie żyli od 1000 do 2000 lat, a on mimo swego wieku i starego wyglądu walczył niczym młody żołnierz. Co to była za istota.

W jego kajucie było łóżko domowe, biurko z komputerem, łazienka na wszystkie potrzeby fizjologiczne i pamiątki z różnych bitew i wojen. Na biurku leżała czapka admiralska Floty Wolnych Planet. Była też przestrzeń kuchenna i narożnik na odpoczynek z sofą i fotelami. Oficer usiadł na kanapie w rogu i poszedł zrobić kawę.

- Gdzie lecimy? – spytał nagle Fahrentis.

- Skoro potrzebujesz okrętu to go dostaniesz, terraninie. – odpowiedział noseranin. Określenie „terranie” obcy stosowali do ludzi. – Lecimy tam, gdzie na pewno dostaniemy dobry okręt. Na stację kosmiczną Mir – 5.

- Na tą rosyjską giełdę pojazdów kosmicznych?

- Unijną! – poprawił go noseranin – Wolne Planety przejęły tę stację, kiedy ty byłeś na Minerwie – 3 i tułałeś się tamtędy od miejsca do miejsca.

Aktualnie Napo’sada’ter, bo tak nazywała się fregata i oznaczała w reklu – dialekcie noserańskim – słowo „Kryjówka” znajdowała się w Galaktyce Homera, a Mir – 5 był w Galaktyce Komarowa. Musieli lecieć do Dromana. Wtedy Sha’zell Ga’rida uruchomił komunikator założony na nadgarstku i powiedział:

- Kokpit. Tu admirał. – powiedział noseranin.

- Słuchamy admirale. – odparł głos słyszany w komunikatorze. Był to sternik.

- Włączyć Hyper2 – rozkazał stary Ga’rida. Hyper była prędkością nadświetlną. Liczba oznaczała pomnożenie jej o daną wartość.

- Oczywiście. Jaki kierunek?

- Stacja Mir – 5. Kierunek na Droman wysyłający do Galaktyki Komarowa.

- Tak jest, admirale! – komunikator został wyłączony.

Gdy dolecieli do Dromana była tam kolejka statków kosmicznych. Urządzenie było ogromne. Z oddali przypominało miecz. Na miejscu głowni była elektrownia, na miejscu trzonu – centrum kontroli lotów, a na miejscu jelców były podczepione dwa torusy. Prawe były wlotem w tunel Hyper i wystrzeliwał do drugiego Dromana, lewe – miejscem przylotu wahadłowców. Górna część była przeznaczona dla pojazdów cywilnych, dolna – dla wojskowych. Ponieważ byli załogą okrętu kosmicznego mogli swobodnie lecieć przez część wojskową jako okręt Unii Planetarnej. Czerwony, biały i czarny kolor informował o wielu cechach obiektu. Pierwszy ostrzegał, drugi oznaczał neutralność, a trzeci – dekorację.

W czasie gdy Sha’zell i William rozmawiali, w kokpicie stała Ta’zha’mull. Córka admirała stała za sternikiem. Nie był to zwykły noseranin, bowiem pofarbował włosy na rudy kolor, a zamiast munduru nosił koszulkę z przypinanym logiem Unii i czapką z daszkiem. Na niej widniało godło Imperium Noseran, które przedstawiło fioletową gwiazdę ośmioramienną w kole na czarnym tle. Na górze koło było czerwone, na dole żółte, a między tymi barwami było błękitne.

- Cześć Ka’nith. – powiedziała do sternika noseranka.

Sternik odwrócił głowę i nie wierzył własnym oczom:

- Czy ja śnię, czy to jest naprawdę? – spytał się retorycznie ów Ka’nith. – Witaj, Ta’zha’mull. Miło Cię widzieć.

- Ciebie również. – odpowiedziała śmiejąc się. – Jak się sprawdza okręt po dodaniu nowych żagli słonecznych?

- Działa jak świeżo zakupiony.

- Miło mi to słyszeć. Kosztowały dużo, ale jak widać opłaciło się.

- Jeśli chcesz wiedzieć zaraz wlecimy do Dromanu.

Uaktywnił komunikator i zaczął mówić do holoekranu:

- Kontrola. Tu Napo’sada’ter. Kod okrętu Papa Beta Kilo Dwa. Proszę o zgodę na wlot do punktu wystrzału.

- Papa Beta Kilo Dwa. Tu Droman. Uruchamiamy torus. Czekajcie.

- Przyjąłem Kontrola.

Pojazd zwolnił, a po ośmiu sekundach usłyszeli odpowiedź:

- Papa Beta Kilo Dwa. Tu Droman. Droga otwarta. Możecie lecieć.

- Przyjąłem Kontrola. Bez odbioru.

Komunikator został wyłączony przez Ka’nitha. Holoekrany pozwalały na niespotykane dotąd możliwości. Choć dotykało się ekranu to prawdziwa część nie była dotykana, mimo wszystko rozumiał polecenia.

Okręt wleciał w torusa z pełną prędkością. Błyskawice energetyczne dotykały bariery energetycznej okrętu. Maszyna nabierała prędkości, a gdy była już w środku okręgu wszedł w czwartą prędkość kosmiczną i leciał niczym błysk z lampy od aparatu fotograficznego. Lot trwał zaledwie 10 sekund. Gdy byli w Galaktyce Komarowa na pokład, gdzie byli Ka’nith i Ta’zha’mull przyszli William Fahrentis i Sha’zell Ga’rida.

- Tato. – powiedziała Ta’zha’mull odwracając wzrok i patrząc na ojca.

- Ile zostało do stacji Mir – 5? – spytał się admirał noserański.

- 5 minut. – powiedział sternik. – Oczywiście pod warunkiem, że wiesz ile napęd Hyper tego cudeńka wyciąga.

- Daj znać kiedy dotrzemy na stację.

Po pięciu minutach już byli na miejscu. Kierowali się na teren doków.

Stacja kosmiczna Mir – 5 została stworzona przez Rosjan na cześć stacji Mir. Klasa tego obiektu była jedną z najsłynniejszych wersji placówki powstałej w próżni kosmicznej. Widać było mnóstwo pojazdów lecących do i ze stacji. Można tam było kupić niemal każdy okręt. Było to idealne miejsce na handel w kosmosie. Rozbudowana konstrukcja była cudem techniki i najsłynniejszą giełdą pojazdów walki i ruchu w kosmosie. Miała mnóstwo hangarów na promy i statki małogabarytowe.

Patrząc na nią William powiedział triumfalnym głosem:

- To jest istna duma ludzkiego gatunku. Ten obiekt pokazał cudowną moc jedności i tolerancji.

- Wygląd to nie wszystko. – wtrącił się Ka’nith.

- Chciałeś coś powiedzieć, Ka’nicie Erlen? – szybko odpowiedział lekko zdenerwowany Willy.

- Nauka też się liczy, panie Fahrentis.

- Nie kłóćcie się. – rozkazał, wtrącając się admirał Ga’rida. – Ważniejsze jest to byśmy kupili okręt z załogą dla naszego terrańskiego przyjaciela.

- Racja, admirale. Racja.

Wzięli więc swą drużynę i poszli do wyjścia z okrętu. Wyposażyli się w pistolety i opaski kwantowej komunikacji. Ponieważ ubrania były kombinezami bojowymi do walki w terenie nie musieli brać pancerzy, które służyły za skafandry do przeżycia w próżni kosmicznej i walce w niej. Admirał miał dodatkowo swoje dwa miecze. Zamiast pistoletów w kaburach miał je wbudowane w cyberostrza. Gdy tylko William, Ta’zha’mull i admirał byli w komorze przejściowej głos komputera dał komunikat „Trwa proces dekompresji. Proszę czekać.” Był to proces niszczenia obcych cząsteczek pokrywających pancerz i ciało. Dzięki temu minimalizowano zagrożenie kwarantanną. Po 3 minutach komputer pokładowy odpowiedział „Dekompresja zakończona. Oddział desantowy na powierzchni.” W ten sposób admirał i Ta’zha’mull Ga’ridowie oraz Willy poszli na stację Mir – 5 przez tubę dokującą.

Konstrukcja była olbrzymia, podzielona na sektory. Znajdowała się w przestrzeni Rady Wolnych Światów i stanowiła odrębny byt administracyjny w państwie. Władzę nad obiektem miał komandor. Wybierała go załoga. Ustrój przypominał republikę parlamentarno – prezydencką, jednak zamiast prezydenta i premiera był wspomniany wcześniej oficer, a zamiast sądów, sprawiedliwość wymierzały Oddziały Ochrony Stacji. Pełniły one funkcję służb porządkowych, lecz oni podlegali kapitanom, którzy tworzyli swoisty kongres pełniący funkcję parlamentu, a ci z kolei podlegali komandorowi. Taka panowała hierarchia na słynnej giełdzie pojazdów kosmicznych. Kiedy szli w kierunku wyjścia z doków zatrzymała ich mała grupa ochroniarzy wyposażonych w biokombinezony i karabiny maszynowe.

- Stać! – wykrzyczał wysoki żołnierz w stopniu majora – Kontrola portowa. Który to wy jesteście admirał Sha’zell Ga’rida?

- Słuchamy! – odpowiedział noseranin doniosłym tonem.

- Proszę wybaczyć, ale ostatnio doszło do serii ataków terrorystycznych. – mówił do admirała. – Mamy tu chwilowo nadzwyczajne środki ostrożności.

- Co się stało?

- Na stacji szaleje wirus A/T9A4 zwany Hydrą. Mimo dekompresji dostał się na placówkę.

- Jak to możliwe? – spytał zdziwiony. – Technologia dekompresji powinna oczyścić to miejsce.

- Możliwy jest atak terrorystyczny?

- Co za czort podsunął panu ten pomysł, admirale? – wybuchnął gniewem. – Przeszukaliśmy każdy zakątek. Nie ma mowy o czymś takim!

- Uspokój się! Może zrobili je na tej właśnie stacji.

Strażnik chwilę się zamyślił, po czym stwierdził:

- O choroba. O tym nie pomyśleliśmy.

- To nic takiego. – powiedział Sha’zell po czym spytał się go. – Którędy na giełdę?

- Przez most wiszący za nami. – wskazał lewym kciukiem drogę za posterunkiem. – Dalej musicie iść na przystanek kolei jednoszynowej. Musicie wysiąść na przystanku „Giełda” jadąc w stronę pętli „Aleja Hotelowa”.

- Dzięki. – odparł noseranin. – Dobra, chodźcie. – skierował wtedy wzrok na Willego.

Stacja kosmiczna była ogromna. Wszędzie były sklepy i hotele. Billboardy promowały nowe modele pojazdów kosmicznych. Gdy przechodzili przez most wiszący zauważyli lecące wszędzie promy i sterowce reklamowe. To była istna metropolia w próżni kosmicznej. Wszędzie widać było luksusy. Gdy tylko byli już na przystanku podszedł do nich pewien ghankhurun. Mają charakterystyczny wygląd pandy ze smoczymi skrzydłami i ogonem.

- Dzień dobry. – powiedział kłaniając się. – Nie wiecie może państwo, gdzie jest port kosmiczny numer 4.

- Oczywiście. – powiedział William – Musi pan iść w stronę Alei Hotelowej. Przed nią zobaczy pan ulicę Apollo. Musi pan skręcić na tym skrzyżowaniu w lewo. Zobaczy pan drogowskaz.

- Dziękuję bardzo, terraninie.

Ukłonił się znowu i poszedł w stronę wskazanego miejsca. Wtedy na przystanek wjechał pociąg i rozpoczęła się czynność stara jak wszechświat. Pasażerowie wysiadali, potem kolejni wsiadali, a kontrolerzy już przygotowywali kasowniki do kontroli biletów. Sha’zell Ga’rida wyjął małe, złotawe prostokąciki z wypisanymi laserowo imionami, nazwiskami i numerem PESEL. Podał je stojącemu obok robotowi – kontrolerowi i usiedli blisko wejścia. Wysiadali 3 przystanki później.

Minęli wieżę kontrolną i jezioro z rybami. Wokoło widać było wieżowce i całe masy reklam. W stronę przystanku, na którym wsiadali jechał kolejny pociąg. Nie był on jednak czerwony, jak ten, którym jechali. Byłato linia niebieska jadąca wprawdzie na tą samą pętlę, z której odjeżdżała czerwona, czyli z „Osiedla Armstronga”, ale nie na pętlę „Aleja Hotelowa” tylko w stronę „Katedry Naukowej” – pomnika upamiętniającego wszystkich naukowców kosmosu. Gdy wysiadali na przystanku „Giełda” zobaczyli wszędzie sklepy i galerie pełne akcesoriów do statków kosmicznych i modeli miniaturowych w celu promowania klientów do zakupienia prawdziwych. Schemat budowy tych cudów inżynierii przypominał samoloty, helikoptery, lotniskowce, lodołamacze i łodzie podwodne razem wzięte. Budowa takiego prostego wahadłowca trwa ponad 4 lata i wymaga pracy wielu rąk oraz ogromnej ilości  surowców. Załoga miała różne odchylenia. Mieli zwyczaj zatrzymywania sobie nieśmiertelników, biżuterii, amunicji, paliwa, przedmiotów z kajut załogi i kapitana czy nawet broni i odznaczeń. W czasie swej kampanii kaperskiej William Fahrentis zdobył ponad 12 tysięcy ogniw energetycznych, służących w broni jako zminiaturyzowana fabryka naboi i zdolna do doładowania, dzięki podręcznym urządzeniom ładującym, 6 tysięcy nieśmiertelników, 4 tysiące obrączek, 2 i pół tysiąca mundurów marynarzy, 450 mundurów oficerskich, 300 ton paliwa z fregat, 200 czapek komandorskich, 50 admiralskich, 12 ciężkich karabinów maszynowych, 6 karabinów maszynowych, wyrzutnię rakiet i kosmokopter, czyli śmigłowiec do lotów i walki zarówno na planecie, jak i w przestrzeni kosmicznej oraz 10 milionów kosmodolarów. Za swą pracę dostawał jednak więcej, bo aż 200 milionów za każdą akcję zbójecką na chwałę Wielkiego Władcy. Byli to jednak głównie piraci, terroryści z grupy zwanej Strażnikami Cesarskimi i rebelianci chcący obalić rządy ludzkiej dynastii Bowołosów panującej aż od założenia ZIWP, czyli prawie 5200 lat. Prawdziwa złota era nastała wraz z Wielką Wojną Zjednoczonych Imperiów.

Patrząc na pokazywane okręty kosmiczne, spytał się go nagle admirał:

- No. To jaki statek sobie życzysz?

- Kupię fregatę. – odparł obojętnie jego towarzysz broni.

- Tak myslałem. – stwierdził, po czym położył ręce na rękojeściach cyberostrza – Ale powiedz mi jedno. Jaka ma to być fregata?

- Ludzka.

- A nie ludzko – noserańska?

- Ojcze, proszę. – wtrąciła się nagle Ta’zha’mull – William wybrał i raczej nie zmieni zdania.

- Cóż. Masz rację. Wybacz Williamie. – zwrócił spojrzenie w stronę córki – Czy mogę o coś się Ciebie spytać na osobności?

- Jak chcesz.

- W takim razie ja zobaczę fregaty. – odparł nagle Fahrentis.

Jak powiedział, tak zrobił. Tymczasem rodzina zboczyła do bocznej alejki i stanęli w ocienionym kącie. Ojciec zapytał:

- Córko. Dlaczego go tak bronisz? Przecież jest przybranym synem.

- Czy mam powiedzieć to, co było w czasie nauki w układzie Nefre ? Dlaczego tak go bronię?

- No. Co wtedy było?

- Terrański student z Chin, państwa na Erf  wyzwał go na zawody w walce dalekowschodniej. William wygrał, ale banda chciała go zabić. Uratowałam go.

- I tym samym z ręki tego bachora zarobiłaś bliznę szarpaną.

- Dokładnie.

- Dlaczego więc nie poszłaś razem z nim w inne miejsce?

- Bo wokół byli inni z nich. A z nami nasi.

- Wynikła zwykła burda.

- Właśnie tak.

Admirał chwilę pomyślał, po czym zauważył pierścień zaręczynowy z kobaltem, który w tradycji narodu Ga’ridy, Tegładu, był kamieniem miłości, płodności i szczęścia.

- Jesteś z nim zaręczona.

Noseranka lekko się zarumieniła i zamyśliła. Po chwili usłyszała od Sha’zella:

- Ile? – uśmiechnął się.

- Od studiów, czyli 10 lat.

- Wiesz co? – złapał ją lekko za lewy bark prawą ręką. – To…To… - zaciął się i pogładził ją po prawym policzku, a następnie się zaśmiał w łzach – …przypomina mi moment spotkania z twoją matką.

Poklepał ją po plecach.

- Bardzo jestem z Ciebie dumny, Ta’zha’mull.

W tym samym czasie, gdy oni rozmawiali, William Fahrentis oglądał modele statków. Były one przeróżne. Na Ziemi produkowano rosyjskie, chińskie, amerykańskie, brytyjskie, a nawet krajów europejskich. Międzynarodowa Komisja Lotów Kosmicznych założona w 2050 roku została utworzona przez USA, Rosję, Chiny, Unię Europejską i Turcję. Z UE przystąpiły Polska, Niemcy Francja, Zjednoczone Królestwo, Włochy, Hiszpania i Szwecja. Po jakimś czasie dołączyły Iran, Japonia, Brazylia, Kanada, RPA, Indie i Australia. Do 2135 roku wszystkie kraje na Ziemi wstąpiły do ICSF. Na stacji Mir – 5 dominowały głównie okręty ukraińskie, polskie, tureckie, rosyjskie i amerykańskie. Przyglądając się różnym sklepom zainteresował go szyld pod oknem z napisem „PZLK Mielec – sklep” i napis po prawej stronie „poziom 15”. Poszedł więc do budynku, wchodząc przez obrotowe drzwi i wchodząc do pomieszczenia, będącego w rzeczywistości windą. Różnica polegała na tym, że był to teleport. Pomieszczenie było wielkością równe windzie i za pomocą teleportacji przenosiło ludzi do miejsca, gdzie było to samo pomieszczenie, które wskazali. Gdy wszedł wskazał punkt podpisany „poziom 15”. Nazywana tradycyjnie „windą” przeniosła go w docelowe miejsce.

Na piętrze piętnastym istniała długa uliczka. Sklepy sprzedawały orientalne stroje, broń i amunicję, a zwłaszcza lekarstwa. We wszechświecie istniało mnóstwo chorób. Niektóre przenosiły się na inne gatunki. Wiele było zabójczych. Idąc i oglądając modele miniaturowe statków kosmicznych zainteresował go jeden. Była to polska fregata klasy „Warszawa”. Ludzkie okręty tej klasy były nazywane na cześć ziemskich stolic. Podszedł do niego i patrzył uważnie. Nagle tuż obok stanął humanoidalny robot o twarzy podobnej do ludzkiego mężczyzny.

- Dzień dobry. W czym mogę pomóc? – spytał się syntetyk.

- Dzień dobry. Interesuje mnie ta fregata. – spojrzał w „oczy” robota.

- Za pomocą komory symulacyjnej mogę panu pokazać wnętrze. Życzy pan sobie?

- Chętnie.

- Dobrze – uśmiechnął się – Proszę za mną.

Udali się więc do pokoju o fioletowych ścianach z żółtymi liniami. Robot zatrzymał się na środku pokoju i pokój zmienił się w iluzję portu kosmicznego. Odwrócił wzrok i powiedział:

- W rzeczywistości nadal stoimy, ale jeśli będzie miał pan dość , wystarczy mi dać znać.

- Rozumiem. Gdzie jesteśmy w symulacji?

- W porcie kosmicznym. Proszę iść za mną, a pokażę panu okręt.

Przeszli więc przez otwarte bramki kontrolne i tunelem dotarli do wejścia na pokład wahadłowca. Fregata była pomalowana na biało, z błękitnymi liniami idącymi z kokpitu do silników.

- To wejście na pokład statku. Po lewej stronie znajduje się kokpit. To stamtąd pilotuje się maszynę. W prawo można pójść w głąb fregaty. Tam są schody i winda.

Po jakimś czasie pokazał mu mapę galaktyki z masą komputerów.

- To Centrum Informacji Bojowej. Mapa wszechświata pokazuje: ciało niebieskie, układ gwiezdny, sektor, galaktykę, kontynent galaktyczny i cały kosmos. W komputerze dowódcy, po prawej stronie CIB można odebrać pocztę elektroniczną i rozkazy. Tam też pokazywana jest statystyka fregaty.

Weszli do windy i pojechali wyżej, na piętro pierwsze. Wyszli z windy i robot rzekł:

- To piętro jest osobistą kajutą kapitana statku. Można powiedzieć, że jest całym jego mieszkaniem. Dowódca ma podgląd na sytuację na okręcie, polu bitwy i może jeszcze przez megafon wzywać na swoje piętro członków personelu.

Następnie pojechali na piętro trzecie.

- Na piętrze trzecim… – mówił robot wskazując obiekty - …znajdują się kajuty członków załogi i pokładowy szpital. Mieści się tu też biuro kwatermistrza i toalety dla załogi. Dalej znajduje się kontrola systemów bojowych i silników pojazdu, czyli maszynownia. Oprócz tego obok kajut mieści się kantyna, która stanowi główną część tego piętra. Wiele osób tutaj przebywa. Jest to forum na fregacie.

- Czyli kapitan też tu musi jeść?

- Nie. Mógł pan nie zauważyć, że jest tam kuchnia. Dowódca sam może przygotować sobie posiłek.

- Rozumiem. Mogę jednak przyjść do kantyny, jeśli będę chciał?

- Owszem. To nie są komnaty, gdzie nie może przebywać kapitan.

Wysiedli na ostatnim piętrze i tam brama hangaru kończyła symulację.

- Na ostatnim piętrze znajduje się hangar połączony ze zbrojownią. W hangarze zostało umieszczonych 7 kosmolotów wielozadaniowych klasy „Skolar Alamali” i 2 kosmokoptery klasy „Dalit”, nazwane na cześć jednej z kast hinduskich.

- Dlaczego kosmoloty nazwaliście „Skolar Alamali”?

- Czekaj! Trwa wyszukiwanie danych.

Robot stał tylko sekundę. Nowoczesna technologia pozwalała na wyszukiwanie nawet terabajtu danych w ciągu zaledwie nanosekundy. Wyciągnął prawą dłoń i dzięki wbudowanemu wyświetlaczowi holograficznemu pokazał twarz pełną blizn i całą łysą. Była zminiaturyzowana. Miała zielone oczy, a lewe ucho było całe w strzępach.

Syntetyk skierował swój wzrok na twarz Williama i odpowiedział:

- Skolar Alamari to postać pojawiająca się w grach wideo z serii „Kolonia wojny”, wyprodukowanej i wydanej przez amerykańską firmę Nolan Industries. Wszystkie kosmoloty wielozadaniowe są nazywane na cześć postaci z gier komputerowych.

- Kim on był? Zdaje się, że słyszałem już nazwisko Alamali.

- Skolar Alamali urodził się w fikcyjnej kolonii ludzi znanej jako Normandia Prime. Ponieważ gatunek agresywnych robotów zaatakował i zmasakrował planetę, zebrał on grupkę ocalałych ludzi i zorganizował ruch oporu. Jako samozwańczy cesarz Wielkiego Imperium Normandyjskiego zmusił tzw. „stalowe demony” do opuszczenia planety i zjednoczył wszystkie kraje za pomocą wojny. Następnie przeniósł walkę na ich teren. Postępował z mieszkańcami planety wroga i własnej bardzo nieludzko – torturował, po czym zabijał, kiedy wszystko powiedzieli. Jako, że roboty były na skraju zagłady, nie oszczędzał nikogo z nich. W końcu jego fanatyzm doprowadził do upadku jego rządów. Grupa uzbrojonych rebeliantów wkroczyła do pałacu i zabiła go. Tak oto skończyła się cała historia ukazana w grze.

- Bardzo ciekawe. – odparł po ukończeniu przez robota opowiadania. – Trochę przypomina Michała Opętanego.

- Gra pochodzi z 7205 roku. Minął wtedy zaledwie rok od zakończenia Wielkiej Wojny Zjednoczonych Imperiów. Autorzy postanowili osadzić sytuację w innej rzeczywistości, by nie retuszować historii naszego świata.

- Jakie uzbrojenie posiada fregata?

- Okręt posiada: 2 wyrzutnie rakiet strategicznych, 8 dział pancernych KRAB, 10 torpedowni wyrzucających torpedy kosmiczne RED – 2, 15 wyrzutni rakiet „Siewca” i setki działek przeciwlotniczych. Kosmoloty mają 4 działka laserowe i rakiety plazmowe PR – 12 „Słoneczny”. Kosmokoptery wyposażono w miniaturową stację medyczną, rakiety R – 9 „Leszy” i potrójny karabin plazmowo – laserowy systemu Gatlinga OKPL – 7 „Miotacz”. Da się też zamontować CKM w bocznych drzwiach maszyny.

- Bardzo interesujący okręt kosmiczny. Ile lat wam zajęła produkcja i zaplanowanie oraz jaka jest jego cena.

- Chwileczkę. Ściągam dane.

Minęły 3 sekundy. Robot stał wtedy na baczność. Williama ogarnęło zamyślenie. Zastanawiał się nad kupnem fregaty. Kusiło go, ale nie wiedział czy admirał da radę kupić. Środki płatnicze miał dać Sha’zell Ga’rida.

- Znaleziono. Lata produkcji: 7208 – 7212. Lata zaplanowania: 7206 – 7208. Cena okrętu kosmicznego wynosi 15 miliardów kosmodolarów .

- Kupuję. – powiedział nagle z radością i mając uśmiech na twarzy. – Mam środki u mojego mentora. Za chwilę zapłacimy. Przedstawię go.

Zakończyli symulację, a on wyszedł ze sklepu nie śpiesząc się jednak.Poszedł z powrotem w kierunku admirała. Nagle zza rogu wyszło z pół tuzina ludzi ubranych w purpurowo – czerwone płaszcze z broszką spinającą ją. Miała kształt okręgu, w którym był złoty cyrkiel i srebrna węgielnica, w samym środku z kolei znajdowała się litera „G”, cała w żółto – pomarańczowym ogniu. Nie było wątpliwości. To byli wolnomularze. Pewnie szli jako patrol Gwiezdnego Zakonu. Na przodzie szedł siódmy, chodzący z laską, trzymaną w prawej dłoni w powietrzu. Jej gałka miała na górze różę wiatrów z najmniejszym zachodem i największym wschodem.

Od Pierwszego Kontaktu wyszło na jaw, że istniały Siedmiozakon i Trzynastozakon. Podczas gdy pierwsi chcieli równowagi w kosmosie i służyli rzekomo Stworzycielowi, który na Ziemi miał się zwać podobno Bogiem Jerozolimskim, ci drudzy dążyli do rozpętania chaosu w imieniu swego pana. Nazywał się Eterem i był ponoć Panem Chaosu, wrogiem całego wszechświata. Według szczątkowych informacji obydwaj byli prekursorami, przedstawicielami starożytnej, potężnej rasy, spirystycznych istot, będących w formie niematerialnej, ale mającej taki sam wpływ na świat materialny. Ponieważ nasz wszechświat nie był ich wymiarem, potrzebowali olbrzymiej mocy do pokonania Bariery, granicy między tą rzeczywistością, a wymiarem Eteru i Stworzyciela.

Historia o prekursorach była dość uboga w szczegóły, wiadomo, że coś się u nich stało, a to sprawka Chaosu, któremu przewodził Eter, zwany Upadłym Prekursorem. Ład lub Chaos postanowili użyć broni, która w efekcie uruchomienia zniszczyła Pierwszy Czas. Każdy Czas to jedna rzeczywistość, a Pierwszy był rzeczywistością Prekursorów. Drugi był pełen walk między Chaosem, a Ładem. Bogowie, stwórcy noseran, zwrócili się w stronę Ładu, ale autokracja obróciła ich w istoty chaosu. Tym samym powstały już trzy siły: Ład, będący tak naprawdę odmianą Chaosu, Równowaga, walcząca z Chaosem i sam Chaos, niszczący wszystko co zrównoważone. Wraz z eksperymentem obcych i upadkiem Bogów przez ich niewolników, to jest właśnie noseran, zakonczył się Drugi, a zaczął Trzeci. Wymiarem Stworzyciela był Międzyczas, zaś Eteru – Pustoczas.

Siedmiozakon składał się, jak sama nazwa wskazuje z siedmiu zakonów. Masoneria była jedną z należących do zakonu frakcją. Zakon ten nosił nazwę Zakonu Strażników Równowagi Wszechświata. Ich arcywrogiem była Inkwizycja. Ta należała do Trzynastozakonu. Siedmiozakon był pospolicie zwany Gwiezdnym Zakonem, a Trzynastozakon – Zakonem Zagłady.

William przypomniał sobie wtedy jak Sha’zell Ga’rida uczył go chińskich sztuk walki, strzelania i szermierki. W pocie czoła Fahrentis ćwiczył, aby móc jakoś bronić się przed zagrożeniami kosmosu. I w końcu, po 15 latach, otrzymał czarny pas. Forma szkolenia przypominała warunki koszarowe, ale bardzo złagodzone, by człowiek nie zapomniał, że w końcu to tylko ćwiczenia. Gwiezdny Zakon miał Rytuał Dołączenia, pełen jedynie domysłów i cały owiany tajemnicą, za który przypadała nieśmiertelność, w zamian za spędzenie reszty życia na poszukiwanie przeznaczenia i bezwzględną lojalność wobec zakonu. Członkowie nie myśleli o odejściu z niego.

„Hmm. Ciekawe, czy to nie chce przypadkiem zrobić mi admirał. Zamienić w Gwiezdnego Zakonnika”. – pomyślał William. W końcu obcy też mogli być masonami, a admirał Ga’rida był jednym z nich. Nie umierał, jak normalny noseranin, bo jego przeznaczenie się jeszcze nie spełniło.

Gdy tylko zobaczył rozmawiających noseran, podszedł szybko i z uśmiechem.

- Admirale. – powiedział podchodząc.

- Znalazłeś okręt, który chciałbyś kupić? – spytał Sha’zell.

- Tak, ale jego cena się panu może nie spodobać – mówił wątpliwie.

- Okej. Więc co to za łajba i ile mam wydać?

- To fregata klasy ESV „Warszawa”, produkcji i projektu „PZLK Mielec”. Kosztuje 15 miliardów kosmodolarów.

- Ile? – zdziwił się admirał – To… To bardzo dużo. Pochłonie połowę majątku. Ale dobrze. Kupię Ci ją.

- Dziękuję. Myślę, że to mi wystarczy.

Razem poszli do sklepu, gdzie była możliwość kupna fregaty. Sha’zell patrzył się na różne sklepy i rozglądał się po ulicy. Gdy skręcali w prawo, do ulicy, gdzie był cel ich wędrówki, a było to na ul. atamana Symona Petlury, nazwanej na cześć bohatera narodowego Ukrainy. Droga, po której wcześniej szli nazwana została ulicą gen. Józefa Hallera, twórcy Błękitnej Armii, zwanej też Armią Polską we Francji. Wtedy odezwał się po cichu do Sha’zella i Ta’zha’mull Willy.

- Wracając widziałem masonów z mieczami. Było ich siedmiu.

- Sześciu i dowódca? – spytał spodziewając się takiej odpowiedzi stary Ga’rida.

- Tak.

- To musiał być oddział patrolowy. Czy ktoś był czarodziejem?

- Nie. Nie było ani Maga, ani czarodzieja.

W kosmosie istniała tajemnicza grupa sił niezdolnych do wyjaśnienia przez naukę zwana magią. Osoby, które zostały zarażone promieniowaniem mogły zostać dzięki niemu uleczone przy małej dawce, albo ginęły natychmiast przy zbyt dużej. Osoby mające we krwi odpowiednią ilość zotawały czarodziejami, a kobiety ciężarne, które miały z nim styczność rodziły dzieci z takimi mocami. Istniało dziewięć żywiołów czarologii. Były to Woda, Wiatr, Ogień, Natura, Entropia, Śmierć, Światło, Cień i Krew. Magia Chaosu była najstraszniejsza, bo sprowadzała śmierć na wiele istnień, jak również sama władała nią, by tworzyć spaczone istoty. Łączyła Magię Krwi, Śmierci i Cienia, by gasić wszelką nadzieję. Do walki z nią utworzono Łowców Chaosu.

Magia była niebezpieczna, dlatego też powstały Krąg, w pełni zwany Zakonem Mocy Gwiezdnej opiekującym się czarodziejami oraz Paladyni, zwani Zakonem Kawalerów Magii Gwiezdnej. Byli szkoleni do neutralizacji magii, przez co czarodzieje stawali się zwykłymi ludźmi.

Związek chemiczny, który był za to odpowiedzialny, nazywał się Substancją Pustki. Była to mieszanka promieniowania kosmicznego, ozonu, azotu, tlenu, wodoru i helu. Dostając się do ziemskiej atmosfery w wyniku katastrofy aż 14 promów kosmicznych na Międzynarodowym Porcie Kosmicznym Domodiedowo Gwiezdne, cudownie uleczył ją. Dziura ozonowa zmniejszyła się do stanu sprzed 1986 roku.

Magowie z kolei byli rasą samych czarodziejów. Mieli często długie, bujne brody i włosy. Wyglądały one, jakby płonęły, bo miały kolorystykę ognia. Ich skóra miała kolor fioletowy. Kultura tego gatunku przypominała pogańskich słowian z grup zielarzy, kapłanów i guślarzy. Nauka, wiara i magia sprawiła, że stali się jedną z najpotężniejszych ras w kosmosie. Większość współczesnej religii została zreformowana przez ich tradycje, jednak przez wielu byli uważani za apostatów i heretyków. Niemniej jednak rzadko kto ważył się podnieść rękę na tak zaawansowaną i zasłużoną rasę. Niejeden budził do nich szacunek. Niejeden się też bał ich mocy. Najsilniejszą, najstarszą i najbardziej różnorodną magią była właśnie ich. To dzięki nim magia stała się „trzecią siłą”, ponieważ nie mogła być dobrana do religii, a racjonaliści uznawali to za wykorzystywanie cudów technologicznych. Dzięki niej powstało wiele nowych pomysłów architektonicznych.

Ta’zha’mull i Sha’zell Ga’ridowie oraz William Fahrentis postanowili iść dalej. Po chwili admirał spytał się człowieka:

- Głodny?

- No. Nawet bardzo. – powiedział.

- Chodźmy do jakiejś restauracji. – wtrąciła się córka admirała.

Admirał chwilę pomyślał, po czym odparł:

- Znam bardzo dobrą knajpę na ulicy Francisa Drake’a. Zwie się „pod Gwieździstym Kuflem”.

- Tam? Dawno nie byłem w tej knajpie. Chętnie pójdę.

- Ja też. – powtórzyła córka admirała.

Poszli więc w kierunku ulicy, na której znajdowała się rzekomo ta restauracja. Była jedną z najsłynniejszych na stacji kosmicznej. Większość rekartarów bywała w tej knajpie z powodu dobrego jedzenia. Zdarzały się też często bijatyki o kasę wygraną w hazardzie, ale kończyły się szybko, drobnymi kuksańcami. Co więcej, pierwszym z właścicieli był enderczyk, dlatego otworzył tam arenę do walk. Idąc ulicą knajpa była po lewej stronie ulicy. Miała obracające się, żelazne drzwi, a gdy tam weszli, zobaczyli człowieka w szarym dresie myjącego kieliszek do wódki. Rozpoznał idącego z przodu admirała i na jego twarzy pojawiło się zdziwienie. Parę sekund stał w bezruchu, a potem wybiegł z miejsca, gdzie stał by przywitać swojego najlepszego przyjaciela.

- Niech mnie kule biją w głowę. – mówił do siebie – Admirał Sha’zell Ga’rida!

- Bernard, przyjacielu. – uśmiechnął się i rozszerzył ramiona, by go uściskać – Tak długo się nie widzieliśmy. Witaj.

- Widzę, że pan jest z córką i … wolnego wolnego! William Fahrentis?

- Dopiero teraz poznaję! – klepnął się w czoło Willy – Bernard „Marks” Engelson. Siema, stary! – rozszerzył ręce chcąc pozdrowić po przyjacielsku.

- Cześć! Cześć! Jak leci, mistrzu? – śmiał się i podawał ręce człowiekowi i noserance.

- Przyszliśmy coś zjeść.

- Dam wam na koszt firmy.

- Cierpliwości, cierpliwości. – podniósł lekko w górę prawą dłoń admirał – Najpierw weźmiemy karty menu.

- Oczywiście. Już biegnę.

I pobiegł zadowolony do środka budynku, tam gdzie była kuchnia. W międzyczasie William i Ga’ridowie rozmawiali o burzliwej sytuacji w Dystrykcie 13, która miała swój początek 15 lat temu. Więźniowie zrobili wyrwę w barierze poprzez atak samobójczy z użyciem magii i zaatakowali punkt wymiany skazańców. Chcieli uciec z wielkiej galaktyki karnej. Udało się to 50 tysiącom aresztantów. Wkrótce jednak ich złapano i przywieziono z powrotem, a kordon wojskowy wokół możliwych wyjść z Dysryktu 13 został wzmocniony. Trwało to 2 lata.

- To normalne. – mówił admirał Sha’zell Ga’rida – Chcieli uciec i rabować już nie w pustej, sztucznej galaktyce, ale w całym kosmosie.

- Nikt nie lubi być zesłany, jak sybirak, czy więziony za cokolwiek. – odparł z kolei William – Jak to dobrze, że era prześladowań politycznych jest za nami.

- Czyżby? – spytała się Ta’zha’mull – Każde państwo musi mieć tajną policję polityczną, nawet demokratyczne, bo inaczej się nie utrzyma.

- Tak? Daj mi choć jeden przykład. Bo ja nie znam żadnego.

- A proszę Cię bardzo Willy. Stany Zjednoczone ze swoimi oddziałami podległymi CIA i FBI. Rosja ze swoim FSB. Mam dawać więcej?

- Z Rosją to się zgodzę, ale z Ameryką? To lekka przesada.

- Nieprawda. Wszyscy, którzy byli przeciwni amerykańskiej działalności na waszej planeci byli okrzyknięci komunistami i terrorystami.

- Tak, ale Al – Kaida to byli terroryści. Jak to dobrze, że już ich nie ma. Komunizm był ideologią pełną utopii. Została stworzona w dobrej wierze, ale wypaczona przez takich jak Lenin, Dzierżyński czy Stalin.

Ta’zha’mull lekko się uśmiechnęła, patrząc na człowieka i położyła swą głowę na lewej dłoni.

- A to akurat jest prawda.

- Dobra, dobra. – postanowił zamienić parę słów Sha’zell – Przestańcie o tym gadać, bo nas złapią. Mimo całkowitej emancypacji w Zjednoczonym Imperium nie rozpoznamy, kto chce autokracji jak w Rzeszy Radzieckiej, a kto chce demokracji jak w naszym Imperium Noseran. Wywiad, kontrwywiad, tajna policja – wszyscy ubierają się i chodzą jak przeciętni ludzie .

W tym momencie podszedł do nich Bernard z trzema e – kartami jadłospisu i spytał się ich dając:

- Już chcecie brać czy poczekać?

- Poczekać. – powiedział Willy – Dla mnie poczekać.

- A ja to, co zwykle. – powiedział, kładąc ręce na stół i położonej karcie menu – Czyli herbatę czarną i żeberka z mięsa jautara, mojego ulubionego zresztą.

Jautar był drapieżnikiem podobnym do konia z wilczą głową. Odkryto go na planecie Galatum, w 2467 roku dzięki tureckiej ekspedycji kolonizacyjnej. Obecnie stworzenie to jest rzadko spotykane, ale w określonych miesiącach można na nie polować.

- Żeberka z ryżem, czy ziemniakami? – spytał się Bernard.

- Jak zwykle z ryżem. Nic się nie zmieniło.

- Ja poczekam. – powiedziała admiralska córka – Jeszcze nie wiem, co wezmę.

- Oczywiście! Czy można zabrać czy pan zatrzymuje? – pytał admirała, „Marks”.

- Bardzo proszę. Nie jest mi już potrzebna. – zdjął łokcie z karty jadłospisu i podał ją Engelsonowi.

- Merci.

Po jakiś dwóch minutach zdecydowali się na zamówienie pizzy hawajskiej i dwóch szklanek wody mineralnej. Pizzę podzielili na pół i kiedy jedli, zauważyli w telewizji jakieś zamieszki. Pewien Rosjanin ,siedzący w rogu sali, zwrócił uwagę kelnerowi w swoim języku:

- Извините. – co oznaczało „przepraszam”. – Mógłby pan podgłosić?

- Oczywiście. – odpowiedział młody noseranin.

W telewizorze była jakaś szokelska kobieta. Niewiele różnią się od ludzi, poza faktem, że ich kolor skóry to czerwony, a oprócz tego potrafią oddychać i żyć pod wodą. Nie chcąc kusić innych ras, zakładali szlafroki i suknie, ponieważ ich tradycyjne ubiory były podobne do ludzkich strojów kąpielowych. Prezenterka stacji Space News Network, bo tak nazywał się ten kanał informacyjny, zaczęła mówić po pokazaniu złotych liter, czyli symbolu stacji, jakim były duże litery; jedna „S” i dwie „N”. „W Dyrektoriacie Rzeszy Radzieckiej…” – mówiła reporterka – „…doszło do globalnych protestów, po tym jak władze brutalnie rozpędziły uczestników pokojowej, antyrządowej demonstracji na Placu Braterstwa Broni w Nowym Ługańsku. Kanclerz Karl Joseph Hirmel wydał armii rozkaz wprowadzenia stanu wojennego na terenie całego kraju międzyplanetarnego, popartego przez Wodza Dyrektoriatu – Piotra Josifa Władimirowicza Putaguszwiliego – który zagroził całkowitą pacyfikacją planet poprzez bombardowanie orbitalne.”

- Oni powariowali! – odpowiedział jeden z przebywających tam ludzi. – Jakby nie mogli zwołać okrągłego stołu, czy czegoś takiego.

- Precz z socjalfaszyzmem , precz z Rzeszą Radziecką! – wrzeszczał i tupał enderczyk. Każdy z nich ma orle skrzydła na plecach, dzięki czemu nisko latają, stopy tyranozaura, oczy kota i dłonie podobne do żabich płetw.

- Te, słuchaj! – zwrócił się do niego jakiś szokelski pijak. – Gdybyś żył w takim zadupiu jak oni, to byś zrozumiał.

- Proszę się uspokoić. – zawołał robot – barman. – A pan już dzisiaj nie pije. To jest ostatnie pana piwo. – zwrócił oczy w kierunku opoja.

- Co? – jego mowa przypominała trochę bełkot. – Ja nie piję? Ja zawsze piję. Ja piję za darmo.

Wtedy wymachując po stole, wywrócił butelkę plastikową, w której znajdował się jego trunek i zaczął krzyczeć na klęczkach:

- Moje piwko! Moje piwko! Coście zrobili?

- Lepiej stąd chodźmy. – powiedziała Ta’zha’mull wstając od skończonych dań, bowiem wtedy skończyli jeść.

Admirał zapłacił za jedzenie, gdy tylko podszedł do niego kelner. Po sutym obiedzie poszli do celu swojej wędrówki, a był nim sklep firmy sprzedającej okręty kosmiczne PZLK Mielec i fregata klasy ESV „Warszawa”. Po jakimś czasie dotarli na miejsce, a wtedy admirał postanowił sam dokonać analizy obiektu. Po dłuższym rozmyślaniu i sprawdzeniu powiedział:

- Dobrze. Bierzemy.

- Jaki kolor? – spytał sprzedawca.

- Przepraszam?

- Chodzi mi o to w jakim kolorze ma być okręt.

- Aaa. Rozumiem. Willy. – popatrzył się na Fahrentisa. – Pozwól.

Człowiek podszedł do noseranina.

- W jakim kolorze chcesz mieć swoją łajbę?

- Błękitnym i białym. – odpowiedział ciesząc się z decyzji noserańskiego oficera. – I proszę o wolne miejsce dla kwatermistrza.

- Czy można w dwóch kolorach i bez kwatermistrza? – zwrócił wzrok na sprzedawcę.

- Oczywiście. Należy się 15 miliardów kosmodolarów. Płaci pan kartą?

- Nie. Zorganizuję przelew telefonem kieszonkowym. – wyciągnął telefon komórkowy, bo tak się wtedy nazywał.

- Dobrze. Towar czeka w porcie nr 17, przy pasie lotniczym. Jest oznaczony logiem naszej firmy.

Zapłacił komórką i ruszyli metrem stacji kosmicznej w kierunku portu kosmicznego. Schodząc do tunelu na właściwy tor zauważyli spory tłum wychodzących. Ich pociąg mógł odjechać, lecz wkrótce odkryli, że niedługo przyjedzie. Gdy tylko przyjechał, musieli czekać, aż wszyscy wysiądą. Jechali aż do pętli i gdy usłyszeli hasło „koniec trasy”, wysiedli tak jak reszta pasażerów. Poszli do stoiska i wtedy spytał się ich stojący przy stołku człowiek:

- Państwo do ESV „Warszawa”? Mają państwo taki sam wygląd jak na zdjęciu.

- Tak. To my.

- Żeby potwierdzić odbiór towaru, musimy pobrać próbki DNA – wziął tablet podłączony kablem do stojącego obok hololaptopa – Proszę położyć palec wskazujący.

Komputer potwierdził ich PESEL i DNA.

- Wszystko się zgadza. Williamie Fahrentis. Pańska załoga składa się wyłącznie z ludzi. Taki był skład. Proszę pana, fregata należy do pana.

- Dziękuję.

- Wracam na Napo’sada’ter – powiedział stary Ga’rida – Córcio. Idziesz ze mną?

- Nie. – odparła Ta’zha’mull – Zostanę kwatermistrzem. Wiem, że William zarezerwował już miejsce dla mnie.

Od środka statek był o wiele bardziej skąpy, niż w przypadku rodowego okrętu admirała Ga’ridy.

- To ja pójdę do biura kwatermistrza. Mam chyba wiele spraw do załatwienia. Bywaj, ukochany.

- Cześć. – odpowiedział William.

Do niego podeszło wtedy trzech innych ludzi. Jeden z nich miał na koszule w kolorze khaki, po prawej napis „sternik”, druga – „sanitariusz” a trzeci „oficer wykonawczy”, czyli zasptępca komandora okrętu, czyli Willy’ego. Salutowali mu po rosyjsku, a wtedy pierwszy zaczął mówić sternik:

- Komandorze. Zgłasza się porucznik pilot Thomas Wilder. Ale wielu mówi na mnie „Wildie”. Jeśli mamy brać udział w obronie maszymy, albo jeśli mamy być przyjaciółmi – proszę tak do mnie mówić.

- Dobrze, „Wildie”. Spocznij! Idź na swoje stanowisko. Witam na ESV „Warszawa”.

- Tak jest!

Następnie odezwała się sanitariuszka:

- Komandorze. Jestem Nadieżda Pereleczko. Mój pseudonim to „Perełka”, z powodu moich jasnych blond włosów, które nazywają perłowymi, bo wyglądają jakby były z perły.

- Spocznij, „Perełka”. Skąd jesteście, jeśli wolno?

- Z Ukrainy. Konkretniej z Odessy.

- Odessy? Ja z Nowego Jorku, ale wychowałem się na „Stolicy”. Zresztą. Spocznij! Witam na ESV „Warszawa”. Idź na swoje stanowisko.

- Tak jest!

Wtedy, jako ostatni zameldował się oficer wykonawczy.

- Komandorze. Zgłasza się Ji Nowikow, oficer wykonawczy na fregacie ESV „Warszawa”.

- Spocznij! Skąd jesteście?

- Z Mandżurii, a konkretniej z Harbinu. Moim ojcem był rosyjski oficer ziemskiej floty, a matką – chińska plantatorka bawełny.

- Czyli jesteś Mandżurem. Witamy na ESV „Warszawa”. Idź na swoje stanowisko.

- Tak jest!

Wtedy usłyszał jakiś cybernetyczny głos.

- Pan jest komandor Fahrentis?

- Kto mówi? – rozejrzał się dookoła i zauważył stojący hologram naryanina, rasy obecnie wirtualnej, ale wciąż mających tożsamość i pamięć. Obcy wyglądał jak czerwonoskóra istota z czterema rękoma, trzema oczyma i trzema nogami.

- Jestem Reki Saff. – mówił. – Należę do naryan. Admirał Ga’rida przesłał me dane do komputera pokładowego.

- Może się przydasz, ale nie próbuj nas zabić, dobrze?

- Nie steruję statkiem. Odpowiadam jedynie za uzbrojenie i wywiad.

I wówczas William udał się do kajuty kapitańskiej. Tam zobaczył holokomputer, na którym były wszelkie informacje dotyczące obecnego stanu kosmosu i armady oraz jej szczegółowe dane. Aktualnie miał jeden okręt, czyli swoją fregatę. Nagle usłyszał sygnał otwierający komunikator między kwatermistrzem, a komandorem w holokomputerze.

- William. Tu Ta’zha’mull. W sali z komunikatorami kwantowo – holograficznymi odezwał się mój ojciec. Chce z Tobą rozmawiać.

Podszedł i wcisnął przycisk nadawania do niej komunikatu.

- Przyjąłem. Daj mi chwilę. – odparł trzymając wciśnięty przycisk.

Sprawdził dostępny arsenał broni na pokładzie. Była to tylko broń ziemska. Posiadał cyberostrza, karabiny, snajperki i granatniki. Ogólnie technologia ziemska, w porównaniu z resztą kosmosu stała w roku 1947. Cała ludzkość była zlepkiem różnych okresów historycznych, z czego najwięcej – lat 1914 – 1945, czyli od początku pierwszej do końca drugiej wojny światowej.

Fahrentis zmienił jedynie bluzę na niebieską, dżinsową. Zjechał windą i poszedł do Sali Odpraw, gdzie sala z komunikatorami wchodziła w jej skład. Zobaczył noserankę i powiedział:

- Łącz mnie ze swoim tatą.

- Tak jest, komandorze!

Uruchomiła łączność, a admirał siedział na fotelu. Miał taki sam strój, jak wcześniej. Palił swoją fajkę, z niej unosił się wtedy zielonkawy dym.

- Komandor William „Willy” Fahrentis. – powiedział biorąc ją do lewej dłoni i wyjmując z ust. – O wiele lepiej widzieć Cię, jako dowódcę okrętu kosmicznego, niż zwykłego terranina.

- Ja też wolę kosmos, niż powierzchnię planety. – odpowiedział kładąc ręce na siebie William. – Ale dlaczego rozmawiamy w ten sposób? I dlaczego dałeś mi na pokład naryanina.

- Chcę sprawdzić, czy komunikator działa. – włożył fajkę do ust – Nie lubię ryzykować kupienia jakiegoś defektu. A poza tym żywy, acz wirtualny gatunek jest skuteczniejszy, moim zdaniem, niż komputery. Ale nie tylko o tym chciałem porozmawiać. Mam dla Ciebie misję.

- Misję. – zaciekawił się tym człowiek – Zamieniam się w słuch.

- Od jakiegoś czasu śledzę pewną organizację. To fanatycy, słyszano o nich wszędzie. Gdy jakaś cywilizacja osiąga 50 tysięcy lat od pierwszego lotu z prędkością Hyper, oni wypuszczają truciznę lub gaz bojowy i prowadzą cywilizację na skraj zagłady. Jeśli zdadzą ich „test” i się obronią, zostaną zostawieni w spokoju. Jeżeli zaś nie zdadzą, cała rasa powoli ginie i w końcu nie zostaje ani jeden przedstawiciel.

- Ma admirał na myśli Zakon Zagłady, odwiecznego wroga Gwiezdnego Zakonu.

- Miło, że zgadłeś, kogo stary członek Gwiezdnego Zakonu ma na myśli. Dlatego chcę, byś monitorował jego zachowanie. W razie konieczności możesz zniszczyć organizację.

- Po co mam walczyć tam, gdzie są najlepsi z wojowników, których tytułuje się czasami Trzynastozakonem?

- Ostatnio na wielu planetach wybuchła plaga popromienna, która sprawia, że ludzie cierpią katusze. Również „Hydra” jest niepokojącym zjawiskiem.

- Dobrze. Więc co mam zrobić? – puścił ręce swobodnie.

- Polecisz na kolonię Xeroneth. To ostatnia z planet, która padła ofiarą zarazy, jaka napromieniowuje istoty żywe. Weź broń i granatniki. Przydadzą się. Poszukaj wszelkich wskazówek dotyczących pochodzenia zarazy. Znajdź nadajnik Unii. Zawiera wszystkie potrzebne informacje o planecie. Skopiuj informacje i razem z dowodami wracaj na fregatę. Wyślij mi je, a Ci zapłacę. Pomogę w wielu rzeczach, będę źródłem kontaktu.

- Dobra. Obiorę kurs na Xeroneth. Kiedyś było tam pięknie.

Rozłączył się, a kwatermistrz Ga’rida włączyła komunikator i odpowiedziała.

- Wilder. Kurs na Xeroneth.

- Tak jest, włączam Hyper.

I polecieli rozwikłać jedne z największych tajemnic kosmosu. Rozeszli się do swoich kajut, a admirał kazał obrać kurs swego wahadłowca na „Stolicę”.

Rozdział 3Edytuj

Wylatując z portu, komandor kazał przygotować drużynę. W jej skład mieli wejść on, Ta’zha’mull i porucznik Gieniadij Borysow. Była to trzyosobowa drużyna zwiadowcza. Chcieli ustalić, co się stało na tej pięknej planecie. Lecieli w Hyper 3 przez 6 godzin. Gdy dolecieli na Xeroneth zauważyli, że planeta była pełna zarazy. Bytowała w powietrzu, nawet budynki były nią pokryte. Kwatermistrz zawołała dowódcę okrętu do Sali Odpraw.

- Co się dzieje na powierzchni? – zapytał bystro.

- Cała planeta jest zakażona. – mówiła noseranka – Wykrywamy jednak dwie grupy, które nie są zarażone. Jedna jest dobrze uzbrojona i ich ściga. Ta druga liczy sześcioro ludzi. Są słabo uzbrojeni i kryją się w dzielnicach biedoty. Najprawdopodobniej obydwoje mają skafandry bojowe.

- Dokąd zmierza druga grupa? – pytał William.

- W stronę opuszczonej bazy piechoty zmotoryzowanej. To obóz dla zarażonych.

- Każ desantować nas promem, niedaleko miejsca, w którym przebywają obie grupy.

- Tak jest.

Poszła do hangaru fregaty i rozkazała przygotować prom. Wzięli kombinezony bojowe i oręż. Mieli przy sobie cyberszpadę, pistolet laserowy „Sonnenlicht” podobny do niemieckiego Lugera P08,strzelbę „Взрыв (Wybuch)” przypominającą Sajgę, karabin wyborowy „Sun Tzu – 8”, będący takiej samej konstrukcji, jak karabin Typ 88 (znany również jako QBU – 88) i pistolet maszynowy „Бунтарь (Buntownik)”, skonstruowany jak PPSz z bębnowym magazynkiem, czyli stary radziecki pistolet maszynowy używany w II Wojnie Światowej.

Zminiaturyzowane „fabryczki” pozwalały na produkowanie w mikrosekundę naboi, które były w przypadku zmiany typu amunicji dezinterowane i produkowane na wybrany typ w ułamek sekundy. Ten system tworzył je kwantowo, pod wpływem materii i światła powstała rzecz. Po wystrzeleniu produkował się nowy. Ogniwa pozwalały na produkcję, a akumulatorek na nie pozwalał je doładować w ciągu dwóch minut.

Gdy przylecieli na powierzchnię, natychmiast rozłożyli karabiny maszynowe i ruszyli przed siebie.

- Jest tu dosyć widmowo. – mówił Willy – Miejcie więc oczy otwarte.

- Tak jest, komandorze. – powiedzieli cicho razem.

Krajobraz przypominał wojnę atomową. Wszystko było pokryte radioaktywną, zieloną cieczą. Wygląd był paskudny. Gdy znajdowali się w parku, natychmiast mieli się na baczności. Wkrótce okazało się, że mieli rację. Dwóch wrogich zwiadowców, jak się miało wkrótce okazać podeszło i krzyknęło:

- Stać!

Byli to enderczycy, w kombinezonach. Mieli karabiny maszynowe. Mierzyli w trójkę, a drużyna Fahrentisa – na zwiadowców. Na szarozielonych mundurach – skafandrach wyglądających jak zbroje chińskie, mieli naszywki w stopniu porucznika.

- Złóżcie broń. – krzyczał przez maskę.

- To wy złóżcie broń. – mówił William. – Bo my nie zrobimy tego. Jesteśmy tu z polecenia admirała Ga’ridy.

- Wiemy kim jesteś, Williamie Fahrentis. Każdy stalker wie.

Wywikłała się potyczka. Skryli się za ruinami i strzelali. Drugi enderczyk dostał, a rana zabiła go razem z dostającym się tamtędy promieniowaniem. Niespodziewanie Borysow dostał w głowę ze snajperki pierwszego z nich. Ga’rida wyjęła swoją i strzeliła mu w brzuch. Podeszli do Gieniadija, zeskanowali go i okazało się, że nie żyje. Ta’zha’mull zdjęła mu hełm i zakryła oczy:

- Ka’ru Masthar – powiedziała słowa oznaczające ludzkie „Spoczywaj w pokoju” – Przeszło przez hełm. Nie miał szans.

- Dopilnujemy, by został pochowany. Ruszajmy. Mamy zadanie do wykonania.

- Tak jest.

I ruszyli dalej. William dobrze wiedział, kim byli stalkerzy. Zostali założeni, jako najemnicy o żołnierskim drylu przez Niemców i Rosjan. Prawdopodobne było też pochodzenie anglosaskie. Zabijali głównie wszystkie osoby dotknięte plagą popromienną, ale wykonywali też inne zadania. Jak większość najemników, pracowali dla tego, kto zapłaci więcej. Za zamordowanie ich towarzysza broni, otrzymali od nich tym samym wypowiedzenie wojny. Różnica między rekartarami, a najemnikami polegała na tym, że tych pierwszych nazywano „rycerskimi najemnikami”. Mieli bowiem swój kodeks postępowania. Walczyli więc przeciwko Chaosowi, służyli Zakonowi, mieli niezależne od innych armady (choć część deklarowała przynależność) i wojowali tylko dla tych, którzy mieli dobre intencje, a więc nie mogliby wziąć udziału w czystce. Wszelka próba jego złamania kończyła się wysłaniem pościgu za renegatem w celu znalezienia i zakończenia jego bytu.

Stalkerzy nie byli mile widziani, toteż wkrótce zaczęli nosić kominiarki i maski, żeby nikt ich nie poznał. Ich uzbrojenie było niewiadomego pochodzenia. Rzadko kto wynajmował stalkerów, lecz najwięcej usług zamawiała Rzesza Radziecka. Prawdopodobnie to oni sami ich zaopatrywali. Część istnień nazywała ich „prześladowcami”.

Człowiek i noseranka ruszyli dalej. Nagle usłyszeli strzały.

- Padły strzały. – mówiła szeptem Ta’zha’mull i zauważyła niebieską racę wystrzeloną w górę – Coś się dzieje.

- Ta’zha’mull. – krzyczał Willy. – Tam! Ruiny budynku po lewej. Balkon. Właź i wal ze snajperki!

Poszła i rozłożyła karabin. Na dachach „prześladowcy” też umieścili swoich strzelców wyborowych. Strzelali do barykady. Był tam jakiś człowiek. Ubrany był w kombinezon koloru khaki z godłem kolonii po lewej, ale twarz miał odsłoniętą. Mógł to być Czernobylec, czyli człowiek urodzony na radioaktywnej planecie. Część była odporna na promieniowanie. Postać miała granat i rzuciła go w opancerzony samochód terenowy. Stalkerzy wyskakiwali z pojazdu i płonęli. Kolejny trafił w schron, ale go nie trafili. Wkrótce snajper stojący w ruinach dostał w głowę.

- Snajper! – wykrzyczeli najemnicy. – Kryć się. Znajdźcie tego sukinsyna.

Natychmiast weszli na najwyższe miejsca pola bitwy, ale Ta’zha’mull miała bystre oko, jak wszyscy z jej rodu. Trafiła w beczki i zabiła eksplozją trzech naraz. Budynek zawalił się i dwóch przygniótł. Wkrótce w budynek trafiali kolejni. Wyśledziła tych dwóch i zabiła. Zajęła się pozostałymi stalkerami.

Bitwa przybierała na sile. Fahrentis przekradł się do człowieka i razem z nim strzelał.

- Do diabła. – wykrzyczał i skierował lufę w jego stronę. – Kim ty, w ogóle, jesteś.

- Przedstawię się, ale najpierw pomogę Ci w rozwaleniu tych gnojków. Z chęcią ich rozwalę.

Zaczęli do nich strzelać. Nieznajomy zabił pięciu z nich, a William siedmiu. Ta’zha’mull trafiła w trzech niosących granatniki. Pękły im maski i zatruli się powietrzem przepełnionym w atmosferze. Zmarli w męczarniach, dusząc się i rozpadając w ciągu zaledwie 2 minut. Stalkerzy usłyszeli rozkaz dowódcy. Brzmiał on „Wycofać się” i uciekali w kierunku centrum miasta.

Ta’zha’mull przybiegła, schowała snajperkę, zmieniając ją na strzelbę.

- Kim ty jesteś? – pytała się patrząc przez swój kombinezon w jego oczy.

- Powoli. Jesteście rekartarami, czy kolejnymi stalkerami, tym razem ukrytymi?

- Mnie powinienieś znać. – wtrącił się Willy. – Jestem William Fahrentis.

Na to hasło opuścił karabin maszynowy i spytał się:

- Tyś jest William Fahrentis?

- Jam jest.

- Proszę wybaczyć, ale stalkerzy ścigali mój oddział i rozdzielili nas. Podążam do szpitala. Nie opanowali go jeszcze.

- Gdzie jest ten budynek.

- Na wschód stąd. Musimy iść za tymi gadami.

- Rozumiem. Ale kim ty, do jasnej ciasnej jesteś?

- Jak to. Nie poznajesz? – spytał zdziwiony. – Toż to ja. Joseph Miles.

- O żesz ty! Tyle lat. Cześć.

Znali się razem dobrze, bo razem pracowali kiedyś na jednym okręcie. Był to hybrydowiec, klasyfikowany jako okręt prototypowy, a więc nieokreślany w nadawaniu nazwy. Należał do Federacji Ziemi i nazywał się ESV „Gagarin”. Był to cud ludzkiej techniki. Podczas gdy Miles zajmował się badaniem zgromadzonych przedmiotów, Willy miał za zadanie dowodzić eskadrą kosmokopterów, dostarczających żołnierzy oddziałów desantowych na powierzchnię oraz obronę miejsca desantu. Joseph był Czernobylcem, więc promieniowanie nie było dla niego zabójcze.

- Jak tu trafiłeś? – pytała się noseranka.

- Miałem rozkaz stacjonowania tutaj. – mówił. – Nikt nie spodziewał się jednak ataku stalkerów. Do Rzeszy Radzieckiej jest z 10 układów, a poza tym była to dobrze broniona kolonia.

- Biegnijmy do szpitala. – rozkazał człowiek. – Chcę widzieć chociaż jednego żywego na tej planecie.

- Znajdziesz więcej takich. Ruszajmy.

Zerwali się do biegu i ruszyli w kierunku schronienia dla zarażonych. Wszędzie widać było martwe, zakażone ciała. Budynki były w ruinach, niektóre ciała były wręcz rozczłonkowanie. Żołnierze leżeli pozabijani, stalkerzy musieli wykorzystać element zaskoczenia. Szli przez cmentarzysko pojazdów. Wszędzie leżały zniszczone tramwaje Maglev, promy, kosmokoptery i lotauta, czyli samochody, które zamiast kół i nadwozia, miały silniki wyklorzystujące antygrawitację do lekkiego lotu nad powierzchnią. Należały do klasy średniej lub biedoty. Pojazdy szybkiej podróży stały się bardzo tanie, gdy wynaleziono promy do podróży powietrznej.

Znaleźli wkrótce prom – ambulans. Obok niego leżały cztery kosmokoptery. Znaleźli tam zabezpieczoną apteczkę pierwszej pomocy i ruszyli dalej. Znaleźli transporter opancerzony ze zniszczonym silnikiem. Miles podszedł i odparł:

- Silnik jest do niczego, ale dam radę stworzyć zapasowy.

- Ile Ci to zajmie? – spytał William.

- 2 minuty.

W niecały wymagany czas znalazł niezbędne elementy i stworzył silnik. Pojechali i zauważyli na przystanku tramwajowym spalone ciała. Wśród nich byli tylko stalkerzy. Maski mieli zdjęte, a nie zniszczone.

- Co to u diabła było? – spytał się Willy.

- Najprawdobodobniej działają tu skrytobójcy i zwiadowcy lokalnych władz. – stwierdził z lekką rezygnacją Joseph. – Pewnie mamy teraz dwie możliwości i na pewno jedno zadanie dodatkowe.

- Jakie możliwości i jakie zadanie dodatkowe? – spytała trochę zirytowana Ta’zha’mull. – Przecież naszym priorytetem jest dostać się do szpitala.

- I to zrobimy – popatrzył jej w maskę. – Chodzi o to, że skoro są skrytobójcy to naszym dodatkowym zadaniem jest nie dać się zabić.

- Rozumiem. – stwierdziła ze skruchą. – Widać niepotrzebnie wyładowałam swe emocje.

- Nic się nie stało.

Wkrótce doszli do zniszczonego dworca kolei szybkotorowej. Kosmolot stalkerów był zestrzelony i wbity w budynek.

- Wespnę się na szczyt ruin. Zobaczę gdzie co jest. – powiedziała noseranka.

- Moim zdaniem najlepiej będzie, jeśli wszyscy tam pójdziemy. – mówił Fahrentis.

- Dobry pomysł. – stwierdził Miles – Okolica jest zbyt niebezpieczna.

Wdrapali się i zobaczyli aleję pełną wraków i gruzów. Za pomocąlornetki taktycznej sprawdzili teren. Wkrótce usłyszeli strzały i ukazało im się widowisko. Stalkerzy atakowali stację metra przy dworcu i mieli żołnierzy uderzeniowych z granatnikami i wyrzutniami przeciwlotniczymi. Ponadto Joseph zauważył, że mają czołg.

- O cholera! – powiedział. – To chyba jakieś żarty.

- Gdzie jest szpital? – spytał się rekartar.

- Głęboko pod ziemią, Willy. Tam gdzie ta stacja metra.

- Damy radę jakoś obejść barykady.

Miles popatrzył na pole bitwy i powiedział:

- Widzę okopy, dziewiąta czołgu. – pokazał im ręką – Tamtędy prowadzi droga. Musimy zejść tym zboczem po naszej prawej.

Zrobili tak. Zeskakiwali trochę, ze skały wyżej na niższą. Snajperzy ich niestety wyśledzili i próbowali trafić, lecz w porę trafili do okopów. Nie było jednak przez to dobrze, bo atak stalkerów został skierowany w ich stronę. Uciekali w popłochu, osłaniani przy okazji przez lokalną milicję. Zdołali dobiec do wejścia, a pewien dur podszedł do nich. Durowie mają 3 pary rąk, 2 pary oczu, króliczą szczękę i niedźwiedzie stopy oraz jedną parę nóg, a ich ciało jest pełne ptasich piór. Spytał się ich:

- Kim jesteście? Zatrzymajcie się!

- Kir’than. – wykrzyknął Joseph – Nie poznajesz mnie?

- Ciebie tak, ale twych kolesiów…

- Jestem William Fahrentis. – mówił – Należę do rekartarów.

- A ja jestem Ta’zha’mull Ga’rida. – powiedziała noseranka – Moim ojcem jest admirał Sha’zell Ga’rida.

- Kir’than. Słuchaj. Gdzie dowódca Waszego oddziału? – pytał Miles.

Chodźcie. – powiedział. – Okijar jest głęboko pod ziemią, w opuszczonym tunelu. Ale jeśli nie macie pomysłu jak pokonać te świnie w maskach, to na Waszym miejscu bym tam nie wchodził.

Mimo to poszli do podziemi.Musieli przejść odkażanie po promieniowaniu. Widok był ciekawy, ale i przerażający. Pod powierzchnią wiła się sieć tuneli. W kanałach ukryła się biedota, podczas gdy w tunelach metra – pozostali. Przy wejściach stało wojsko, wyposażone głównie w broń przeciwpancerną i przeciwlotniczą. Szli coraz głębiej, a rury gazowe, ściekowe i z wodą były coraz gęściej położone. W końcu dotarli najgłębiej. Znajdowała się tu praktycznie cała osada. Szpital istniał w całym kompleksie. Wtedy usłyszeli rozmowę w jednym z durskich języków. Tłumacz pomógł im zrozumieć tekst, jaki słyszeli:

- Nie obchodzi mnie, jak wielu już straciliśmy. – mówił głos – Czekamy na posiłki z drugiego końca globu i z reszty miejsc w układzie. Stalkerzy bez przerwy nas atakują. Macie wytrzymać ich atak. Wysyłamy wam 3 dywizjony kosmokopterów. Odbiór.

Dur otworzył wtedy drzwi i powiedział:

- Pułkowniku Okijar. Można?

- Masz jakieś wsparcie?

- Ten terranin i ta noseranka chcieli z panem rozmawiać.

Spojrzał na nich i odparł:

- Dlaczego mi nie mówiłeś, że przyszli z Tobą Ci rekartarci. Wracaj na posterunek.

- Wedle rozkazu.

Wyszedł i zostawił przybyszów.Durski pułkownik spojrzał na nich i odparł:

- Pani Ga’rida i pan Fahrentis. A razem z nimi Joseph Miles. Mam nadzieję, że wiecie co się tu dzieje.

- Tak jest! – wykrzyknęli razem stojąc na baczność.

- Spocznij. – rozkazał. – Co tu robicie?

- Szukamy pewnych dowodów. – rozluźnili się i stali już normalnie. – Chodzi o to, że szukamy dowodów na…

- …działaność stalkerów na rzecz Zakonu Zagłady?

- Chwila. Macie je? – spytała się admiralska córska.

- To tego szukacie? – Joseph był zaskoczony. Miał przeczucie, że nie będzie łatwo.

- Mam je. – odpowiedział. – Podczas zwiadu oddziału motocyklistów natrafiliśmy na spory garnizonów tych łotrów. Zniszczyliśmy go, ale znaleźliśmy dysk z danymi. Większość informacji była opatrzona Pieczęcią Przeklętych, bo tak nazwali to Ci, których pojmaliśmy z tego garnizonu. To czarne słońce z białym kołem w środku. Czarny wulkan z buchającym ogniem był na dole i zajmował jedną czwartą koła.

- Zakon Zagłady. Tego się obawiałam. To ich symbol.

- Masz rację, Ta’zha’mull. – stwierdził Willy. – Wracamy na fregatę. Musimy zabrać je na nasz okręt.

- Dobrze. Mi nie są potrzebne. Bierzcie je.

- Dziękujemy.

Wyszli z kwatery dowódcy, a wtedy Williama zaczepił Joseph. Chciał porozmawiać.

- Komandorze Fahrentis. Chciałbym panu pomóc w walce z Zakonem.

William stanął i spytał się go:

- Dlaczego?

- Te gnojki zniszczyły mój dom i zabiły rodzinę. – mówił gniewnym tonem. – Chciałbym się na nich zemścić i powstrzymać ich panów.

Willy stał chwilę i powiedział:

- Dobrze, a jeśli coś się stanie, masz pomóc każdemu bez względu na cenę, nawet jeśli to stalker.

- Ech – mówił zrezygnowany z powodu odpowiedzi. – Niech będzie. A okręt kosmiczny macie?

- Tak. To ESV Warszawa.

- Macie własny statek, a jest oznaczony skrótem „Earth Space Vessel”. Co za dziwny sposób nazwania.

- Masz coś przeciwko nazwie?

- Zdecydowanie nie. Lećmy na tą waszą łajbę.

Wezwali prom w celu przelotu przez pole bitwy i wydostania się z Xeroneth. Wtedy stalkerzy przypuścili najsilniejszy z ataków i rozpoczęli bombardowanie orbitalne okolic szpitala. Wybuchły zbiorniki z paliwem, zniszczone zostały czołgi i wieżowiec, będący niedaleko. Agresor przystąpił do szturmu:

- Atakują z orbity. – krzyczał oficer. – Wszyscy do broni.

- Jest tu gdzieś bateria obrony planetarnej? – spytał Josepha William.

- Zostały zniszczone podczas pierwszego ataku.

- Cholera.

- Chwila! – wykrzyknęła Ta’zha’mull. – A nasza fregata? Przecież mogą zaatakować ich.

- Genialny pomysł. Daj komunikator.

Otworzyli komunikator i Ta’zha’mull wysłała sygnał. Po chwili słychać było głos oficera wykonawczego Nowikowa.

- Oddział desantowy, właźcie do szpitala. Wiemy gdzie jesteście, pomożemy wam. Brońcie kompleksu za wszelką cenę!

- Przyjęłam. – zwróciła się do ludzi z drużyny. – Słyszeliście?

- Tak. – powiedzieli razem Fahrentis i Miles.

Rozpoczęła się krwawa bitwa. Ciężkie karabiny maszynowe zaczęły wydawać dźwięk strzałów, działa rozpoczęły swój dudniący krzyk wystrzału, a czołgi i transporty opancerzone atakowały w pojazdy. Rakiety typu SAM poleciały w powietrze i tak zestrzeliły parę myśliwców i bombowców. Kosmoloty nie dały jednak za wygraną, podobnie stalkerzy. Walka była coraz bardziej zaciekła. Mimo nalotów, obrońcy nie tracili nadziei. Działa maszynowe narobiły huku, w ruch poszły moździerze, haubice i wyrzutnie rakiet. Wtedy usłyszano komunikat w radiu Ta’zha’mull:

- Kawaleria przybyła.

Był to głos Thomasa Wildera. Razem z „Warszawą” leciały cztery fregaty Unii Planetarnej, które zniszczyły bunkry i okopy najemników.

Na niebie zauważono błyski, lasery i wybuchy. Armada Zjednoczonego Imperium Wolnych Planet przybyła. Stalkerzy uciekali, przerywając ostrzał i próbując otworzyć ogień w kierunku okrętów stalkerów.

Na planecie tymczasem William i jego towarzysze broni strzelali z karabinów snajperskich i eliminowali każdego stalkera, jakiego zobaczyli. Jednak kiedy zobaczył oficera i go zastrzelił, zauważył kogoś dziwnego. Nie był to człowiek, a w „dłoniach” miał karabin strzelca wyborowa, przy pasie zaś cyberostrze w kształcie szpady. Był on cały srebrny, hełm z płaszczem na głowie, korpus, rękawice, spodnie i kamasze. Nie miał maski – jego twarz była srebrna, ale wyglądała na ludzką, co budziło bardziej przerażenie, niż zaskoczenie. Na dodatek jego oczy miały złowrogi, czerwono – pomarańczowy kolor. Niemalże mu płonęły. Fahrentisowi wydała się znajoma.

Nie zajmował się nim jednak dłużej, niż 3 sekundy. Strzelał dalej i wtedy do nich wycelował czołg. Nie strzelił, ponieważ w porę zauważył to Czernobylec z ich drużyny i rzucił w maszynę koktajl Mołotowa. Butelka trafiła w gąsienicę i unieruchomiła czołg. Fahrentis zauważył stalkerską jednostkę i wziął do swych rąk granatnik. Wystrzelił trzy granaty, w lufę, w wieżę i miejsce kierowcy. Wtedy wybuchła, a członkowie załogi wypadali płonąc.

Stalkerzy widząc to, uciekli. Odezwał się gwizdek pułkownika, który powiedział po niemiecku:

- Wycofać się! Wszystkie jednostki, wycofać się do okrętów desantowych.

Srebrna postać nie dała za wygraną jednak i zauważyła Willy’ego. Użyła mocy, które potocznie są nazywane magią. To była ta zakazana dziedzina magii –Magia Chaosu. Zaledwie mniej niż 1 procent populacji umiało władać zaklęciami. Magię tworzyły energia psioniczna, krew, substancja Pustki, elektromagnetyzm i żywioły planetarne. Magia Chaosu była zakazana i ścigana, bo złe istoty z innego wymiaru umiały wejść w maga i go opętać. Dlatego oprócz czarodziejów byli i paladyni. Niektórzy z antymagicznych rycerzy dostąpili zaszczytu bycia Łowcami Chaosu, żołnierzami specjalnie wyszkolonymi w walce z wynaturzeniami takiego rodzaju, który był wyjątkowo potężnyh by wejść w ciało i nie zmienić go w resztki tego, co opętał. Potrafili przejrzeć wszystkie jego maski i zlikwidować, nim narobi więcej szkód społeczeństwu kosmicznemu lub niekosmicznemu, czyli niezdolnemu do podróży gwiezdnych.

Ów czarodziej Chaosu stworzył silny podmuch, który rzucił wszystko i wszystkich. Następnie wiatrem tym wyczarował upiory zwane walkiriami. Były one przerażające, miały upiorne ostrze i zabijały każdego. William, Ta’zha’mull i czarodzieje użyli swojej mocy i zabici magiczną burzą te czupiradła. Czarnoksiężnik wycofał się razem ze swoimi podwładnymi i zniknął.

- Uciekajcie tam, skąd wyleźliście, szczury. – krzyczał żołnierz lokalnej milicji.

ESV „Warszawa” wylądowało i w drzwiach z urządzeniem do dekontaminacji ujrzeli w maskach trzech ludzi. Byli to Nowikow, Perełka i Wildie.

- Właźcie. – mówiła odeska.

ZIWP zostało, żeby odbudować kolonię. Rekartarska jednostka zaś odleciała, bo musiała donieść o wszystkim admirałowi.

- Macie dowody? – pytał Ji po oczyszczeniu z przejawów radioaktywnego skażenia w komorze dekontaminacyjnej.

- Tak. – mówił William – Pomógł nam Joseph, którego przyjąłem do załogi. Admirał miał rację. Stalkerzy są na usługach Trzynastozakonu.

- Rozumien. Ale na wypadek niech Nadieżda sprawdzi pana…

- …Milesa. – dokończył nowy członek załogi.

- Dziękuję. Po prostu chcemy mieć pewność, że panu nic nie jest. A co pan tak w ogóle potrafi?

- Jestem specem od każdego pieprzonego gnata, jakiego ktoś trzyma w dłoniach. Zaprojektowałem ulepszenie do karabinu maszynowego MG – 242 i strzelby Winchester model 2000.

- Przydałby nam się taki specjalista. Witamy więc na pokładzie.

- Po badaniu będę w zbrojowni.

Badania wypadły całkiem pomyślnie. Choć wyszło jednoznacznie, że to Czernobylec, Nadieżda to przeczuwała. Willy zastał go w zbrojowni, a ten powiedział:

- Komandorze. Miałem do pana iść, lecz widzę, że nie jest to konieczne.

- Spocznij, Joseph. Co chcesz powiedzieć?

- No cóż. Jeśli mam być szczery wasze uzbrojenie nie jest zmodernizowane do dzisiejszego stopnia, karabiny strzelca wyborowego są gdzieś w czasach końca Wielkiej Wojny Zjednoczonych Imperiów. Może od tego zacznijmy.

- Oho. Widzę, że mamy do czynienia z nowym zbrojmistrzem. Witam na pokładzie okrętu rekartara Williama „Willy’ego” Fahrentisa pod nazwą ESV „Warszawa”.

Komandor wyszedł więc i udał się do Centrum Informacji Bojowej. Przyszła do niego Ta’zha’mull i powiedziała:

- Mój ojciec chce z Tobą rozmawiać w sprawie znalezionych dowodów.

- W takim razie porozmawiam z nim.

Poszedł do komunikatora, włączył holoekran i zaczął mówić do niego admirał:

- Fahrentis. Dobra robota na Xeroneth. Dostarczone dowody pomogą nam. Sprawdziłem je. Są prawdziwe.

- Moim zdaniem poszło za łatwo. Coś chyba kombinują.

- Wiem o co Ci chodzi, ale koloniści z Xeroneth nie mieli nic do stracenia. To chyba jakiś dobry znak.

- Wysłałeś te dowody do Unii.

- Tak. I mnie przeraża też to, co tam widziałeś. Ten srebrny czarnoksiężnik nie jest chyba normalnym. Widziałem cybernetyków i syntetyków parających się tym, ale to coś? Nie, nie pojmuję. To musi być jakiś biorobot. Widać to po wielu elementach. Sądzę, że wszystko ma „ono” z metalu.

Już odebrałem od „Rozjemcy” wiadomość, że twój dziadek, suweren Wolnych Planet kazał uznać ich w większości miejsc za bandytów i ludobójców. Nie zrobiła tego z jakiegoś powodu Rzesza Radziecka.

- Może ich wspierają?

- To ty nic nie wiesz? Oni JAWNIE ich wspierają. Wiem, że nie możesz się tam udać, bo inaczej cię aresztują za to, że pomogłeś rebeliantom na Nowym Taurydzie. Niezłego nam wszystkim narobiłeś bigosu i pewnie za to cię uziemili.

- Więc co mam zrobić?

- Prześlę Ci akta nowych członków drużyny. Powinni Ci się spodobać. Są tam terranie i inne gatunki. W międzyczasie dowiem się czegoś o tym, co robią stalkerzy.

- Dzięki wielkie za wsparcie, admirale.

- Oby przodkowie byli po Twojej stronie, Willy. Po Twojej i Twoich sprzymierzeńców.

William poszedł więc do swojej kwatery i popatrzył na dokumenty dostarczone przez starego Ga’ridę. Był tam cybernetyk, oświecony, enderczyk, a nawet pośród tych parunastu nazwisk znalazł się jakiś nieznany z rasy „Najemnik”. Ktokolwiek to był, sprawiał wrażenie całkiem tajemniczego i niebezpiecznego. Kandydaci znajdowali się w tylko 3 galaktykach. Była to Galaktyka Fermiego, Droga Mleczna i Opuszczona Galaktyka. Pierwszy układ kosmiczny był znany przez ludzi do 2060 roku jako IC 1101. Ta ostatnia nazywała się opuszczoną nie bez powodu. Grasowały tam bandy zbójeckie i kosmiczni piraci. Przez tą galaktykę przetoczyła się niejedna wojna. Rzadko który chciał tam żyć bez powodu. Było to główne miejsce działań rekartarów, którym płacono całkiem sporo. Był to dla nich dochodowy biznes.

Fahrentis postanowił najpierw udać się do Galaktyki Fermiego, na planetę znaną pod nazwą Oruja. Chciał zwerbować oświeconego, jako pierwszego następnego w swojej załodze.

- Tom. Kurs na Oruję. – powiedział do sternika przez swój komunikator.

- Na Oruję? – spytał trochę zdziwiony Wilder. – Tak jest, komandorze.

Tak oto okręt Fahrentisa ruszył w Hyper4 i leciał w kierunku kolonii.

Rozdział 4Edytuj

Po dwóch tygodniach dotarli do Galaktyki Fermiego. Zauważyli dużą aktywność w Hyper. Lecieli więc tak szybko i ostrożnie, jak mogli. Po ponad pół godzinie pobytu w układzie kosmicznym dotarli do Augusta – 5, gwiazdy, wokół której krążyła Oruja. Planeta była w klimacie podobnym do tajgi. Gęste bory porastały razem z lodem i śniegiem planetę. Mimo klimatu istniało mnóstwo czarnoziemiu, a minerałów istniało mnóstwo. Uprawiano ryż, kawę, sztuczną pszenicę „murud”, herbatę oraz owoce i warzywa, a pod wodą hodowano algi. Ze zwierząt rozpełzła się hodowla istot zwanych Unarith, będących połączeniem kozy i krowy. Wydobywano tam kwarc, złoto, uran, granit, marmur i lit. Stolicą Oruji była Nowa Tuła, jedno z dużych miast państwa Dekarim. Planeta była pięciokrotnie mniejsza od Ziemi.

- Oruja. – mówił William patrząc w Sali Odpraw na holoekran. – Mały świat z olbrzymimi hodowlami, polami uprawnymi i agromiastami. Zasiedlona przez Ukraińców, Ormian i Rosjan. Ciekawe, co tu robi Oświecony.

- Jeśli dobrze pamiętam, to nasz kolega ze studiów. – mówiła noseranka.

- Tak. Stonetell chyba nas pamięta, ale czy na pewno? Mam 30 lat i niewielu ze studiów kojarzę.

- Komandorze. – nagle odezwał się Saff. – Wykrywam oddziały stalkerów. Atakują miasteczko Oka.

- Co takiego? Pokaż to na dużym ekranie.

Fahrentis, Ta’zha’mull i Miles zauważyli kosmoloty. Toczyły się ciężkie potyczki milicji. Widać był remis. Mimo bombardowań lokalne siły wytrzymywały atak. Mimo to część miast działało normalne. Widać potyczki toczyły się w konkretnym miejscu dla konkretnego celu.

- Wygląda na to, że będzie mały problem. – powiedział Joseph zwracając wzrok w stronę komandora.

- Chyba tak. – odpowiedział mu spokojnie. – No dobra. Ruszamy pomóc im tam. Stonetellowi ratowanie tyłów by się spodobało.

Wzięli więc sprzęt i ruszyli na powierzchnię. Oruja była w większości oblężona, ale tylko Oka jeszcze istniała. Prawdopodobnie większość mieszkańców uciekła podczas ataku, lub co gorsza zginęła. Willy nie był pesymistą, więc zakładał, że się pochowali, bo Unia Planetarna i korporacje uczyły co należy zrobić w przypadku ataku na kolonię. Do promu, którym lecieli William, Ta’zha’mull i Joseph, strzelały stalkerskie kosmoloty. Nie były ludzkie. Były anosorenckie i oznaczone heraldyką Strażników Cesarskich. Wyglądały jak Me – 262 „Schwalbe”, gdzie zamiast . Mimo, że Zjednoczone Imperium Państw Anosorenckich, zwane skrótowo Zjednoczonym Imperium Anosorentów lub Krajem Anosorenckim upadło 50 lat temu, wciąż można było znaleźć maszyny tej frakcji.

- Będzie trochę trząść! – mówiła pilot. – Trzymajta się.

Robiła nim beczki, pętle i inne akrobacje, Tym pilotem była Yana Cooper. Doskonałość swych akrobacji zawdzięczała temu, że wychowała się w rodzinie pilotów, zarówno samolotów, jak i kosmolotów. Miles spytał się jej wtedy:

- Czy jest tutaj CKM?

- A na co Ci on? – spytała zdziwona.

- Czy jest?

- Tak.

- Wysunę go i będę strzelał do każdego ze stalkerów, jaki się odważy do nas strzelić.

- Joseph. – mówił z olbrzymim zdziwieniem William. – Chyba nie mówisz poważnie?

- Całkiem poważnie.

Joseph Miles był znany wśród rekartarów, jako „brawurowy kosmiczny kowboj”, ponieważ ścigał się na lotmotorach po pustynnych planetach i znany był ze swego odważnego, choć szalonego stylu życia. Kiedyś rabował banki w koloniach totalitarnych i rozdawał pieniądze biednym kolonistom. Firmy wynajęły Bractwo Cieniobójców, ale nawet skrytobójcy nie dali sobie z nim rady.

Wziął więc ciężki karabin maszynowy Lak’hag – 2042 K produkcji enderskiej i strzelał do kosmolotów. Broń była podobna do japońskiego ciężkiego kaemu „Typ 3 Taisho”. Miały tarcze energetyczne, ale ogień z promu przeszkadzał im trafić go. Jeden dostał od innego pocisku. To była milicja i jej fregaty. Nie czekając na przebieg wypadków, Joseph strzelił w silnik i zestzelił maszynę. Używał naboi energetyczno – jonowych, do walki elektronicznej i przebijania się przez tarcze, żeby pocisk trafił w dane miejsce. Postęp był cały czas olbrzymi, bo od kiedy jakiś gatunek wchodził w fazę kosmosu, dodawał do społeczności coś od siebie, co zmieniało wszechświat na zawsze. Na przykład ludzkie DNA pozwoliło na opracowanie wspólnego, syntetyczno – organicznego i rozpoczęciu tak zwanego projektu „Ewolucja”.

Walka przybrała na sile, a Joseph zaproponował ogień osłaniający z kaemu. W ten sposób miał zabezpieczyć walczących milicjantów i strefę lądowania. Wtedy przez komunikator odezwał się ich dowódca:

- Załoga promu. Zidentyfikować się!

- Tu Yana Cooper, pilot promu zrzutowego okrętu klasy ESV „Warszawa” pod tą samą nazwą, nalężący do rekartara Williama Fahrentisa. Prosimy o pozwolenie na lądowanie.

- Odmawiam zezwolenia. Płaski teren kontrolowany przez stalkerów. Mają rakiety przeciwlotnicze.

- Oczyścimy lądowisko z kaemu. Mamy wsparcie. Trzech ludzi.

- Trzech? No dobra. Tylko szybko. Naparzają w nas z granatników i snajperek.

Czernobylec strzelał do żołnierzy z granatnikami i rakietami pelot. Szło mu całkiem skutecznie, a raz trafił w jedną z cystern, która tak wybuchła, że spaliła większość stalkerów. Pozostali, a było ich czworo, wycofali się.

- Czysto. – zameldował. – Można lądować.

Prom natychmiast wylądował i wyszli z pojazdu. Miles postanowił zostawić cekaem na pokładzie promu, który odleciał na okręt.

- Stać! – zawołał z tyłu ich oddziału głos.

Milicja była słabo uzbrojona, miała bowiem jedynie strzelby, pistolety i karabiny maszynowe. Oficer był durem. Miał kaem i zielony beret. Spytał się ich:

- Który z Was to William Fahrentis?

- Ja. – odpowiedział rekartar.

- Chodźcie więc.

Poszli do tuneli, ale były puste.

- Gdzie są mieszkańcy? – spytała się oficera Ta’zha’mull Ga’rida.

- Wysłani do innych układów lub poukrywali się na pustyniach lodowych. Nie dbam o to. Chcę wiedzieć, co tu robicie?

- Szukamy niejakiego Jamesa Stonetella.

- Tego oświeconego? Jak pamiętam, to przebywał gdzieś w okolicach Placu Paleologa. To na północny wschód stąd. Po drodze pełno barykad stalkerskich psubratów. Mają cekaemy, snajperki i moździerze. William. Mam coś dla ciebie. Chodź.

Drużyna nie chciała jednak opuszczać swego dowódcy więc poczekali w przejściu. Milicyjny dowódca podszedł do miejsca, gdzie składowano granaty i karabiny. Z pudełka wyciągnął jakiś ukaem przypominający radziecki karabin PK. Miał pudełkowe ogniwo i celownik.

- Pamiętam Twojego ojca Williamie. Był dobrym człowiekiem. Weź to, pomoże Ci.

- Co to jest? – spytał się Willy.

- To jest Bianca, uniwersalny karabin maszynowy Dmitrija Bowołosa – Fahrentisa, najlepsza broń w całym wszechświecie. Ciężka, ale w odpowiednich rękach potrafi stworzyć prawdziwe piekło. Weź ją. Bowołosi i Fahrentisowie mieli ten karabin. Teraz czas na Ciebie.

- To bardzo ładna zabaweczka, ale dlaczego pan mi pomaga?

- Bo jeśli dasz radę wraz ze swymi kompanami przegonisz agresora, to sam Spokawal i Twoi rodzice zesłali nam Ciebie, terraninie. – powiedział wierząc, że im się uda. – A poza tym sądzę, że nie brak Ci tego, co miał ojciec.

Galaktyczny Kościół Spokawala był jednym z najbardziej licznych. Mieszały się w nim doktryny chrześcijaństwa i konfucjanizmu. Wierzono, że Spokawal jest jedynym istniejącym bogiem, a świat pozagrobowy dzieli się na dwie sfery – niebo, nad którym władzę ma Spokawal i anioły oraz piekło, gdzie rządzi Chaos i dzieli się na różne domeny zła.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki